Skocz do zawartości
  • Witaj na forum Attitude

    Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Dostep do bota wrestlingowego AI
    Rozbudowane zabawy quizowe
    Typowanie wyników nadchodzących wydarzeń
    Pełny dostęp do ukrytych działów i treści
    Możliwość pisania i odpowiadania w tematach oraz chacie
    System prywatnych wiadomości
    Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    Członkostwo w najstarszej polskiej społeczności wrestlingowej (est. 2001)


    Jeżeli masz trudności z zalogowaniem się na swoje konto, to prosimy o kontakt pod adresem mailowym: forum@wrestling.pl

     

My Cyganie wszystkim gramy

Bidam na Krwawą Majówkę

Rekomendowane odpowiedzi


  • Posty:  18
  • Reputacja:   8
  • Dołączył:  07.03.2023
  • Status:  Offline
  • Urządzenie:  Windows
  • Styl:  Jasny

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

I. Złote Tarasy, plastikowe róże i koniec zmiany

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Warszawa wieczorem była miastem, które udawało, że ma duszę. Za dnia miała garnitur. Szklane biurowce, tramwaje, kebaby, korporacyjne twarze, psy w swetrach, ludzie z kawą za czterdzieści dwa złote i miną kogoś, kto wie, gdzie idzie. Ale wieczorem, kiedy niebo robiło się fioletowe od świateł reklam, kiedy w przejściach podziemnych zaczynał grać ktoś na rozstrojonej gitarze, a spod Dworca Centralnego wypełzał zapach frytek, spalin, moczu i tanich perfum, Warszawa zdejmowała marynarkę. Wtedy było widać, że pod spodem nosi stare podkoszulki. Wasyl Tytus miał dwanaście lat, może trzynaście, chociaż sam nie był pewien. W papierach, o ile jakieś istniały, pewnie figurowało coś innego. W bazie, zwanej też czasem taborem, mówiono mu czasem „Mały Tytus”, czasem „Wasylek”, czasem „Ej, ty”. Najczęściej to ostatnie. Najbardziej lubił „Tytus”, bo brzmiało jak imię rzymskiego cesarza albo kogoś z komiksu. Wasyl brzmiało zbyt domowo. Zbyt miękko. A w Warszawie miękkich rzeczy używało się do wycierania butów. Trochę jak kiedyś Vaclava w EWF i jego słynne porażki.

Stał pod Złotymi Tarasami z bukietem plastikowych róż przewiązanych czerwoną tasiemką. Róże były brzydkie, ale miały tę zaletę, że nie więdły. Można było sprzedawać je zakochanym, pijanym, samotnym i zagranicznym. Szczególnie zagranicznym, bo zagraniczni mieli w sobie coś takiego, że jeśli dziecko podejdzie do nich z kwiatkiem i powie smutnym głosem „for mother, please”, to zaraz zaczynali szukać drobnych.

Wasyl znał kilka zdań po angielsku. Znał też dwa po niemiecku, jedno po francusku, trzy po rosyjsku, cztery po ukraińsku i jedno po hiszpańsku, które podobno znaczyło „jestem biedny, kup różę”, ale kiedyś powiedział je jakiejś Hiszpance i ta zaczęła się śmiać tak mocno, że prawie upuściła telefon. Od tamtej pory podejrzewał, że starszy kuzyn, który go tego nauczył, zrobił mu świństwo.

Tego dnia szło średnio. Turyści byli spięci. Polacy jak zwykle udawali, że nie widzą. Dlaczego? Bo Wasyl był cyganem, a dla większości Polaków nawet „pierdolonym cyganem”. Nigdy nie był w Rumunii, ale czasem nazywano go też Rumunem. Dzisiaj jedna pani dała mu dwa złote, żeby odszedł. Jeden Norweg kupił różę za pięćdziesiąt złotych, bo myślał, że to pięć. Wasyl nie wyprowadził go z błędu, bo nie był głupi. Wasyl przesunął czapkę głębiej na czoło i policzył zarobek. Nieźle, ale nie dobrze. Nie dobrze oznaczało, że w bazie będą narzekać. Nieźle oznaczało, że może nie dostanie po głowie.

Schował pieniądze do wewnętrznej kieszeni bluzy. Część osobno, pod podszewkę, tam gdzie sam zaszył małą dziurę. To były jego prywatne. Nie dużo. Kilkanaście złotych. Tyle, żeby czasem kupić sobie zapiekankę albo jakiś napój, którego normalnie by mu nie dali, bo „cukier szkodzi dzieciom, a dzieci pracujące muszą być zdrowe”. Wasyl nie wiedział, czy to ironia. W bazie dużo ludzi mówiło rzeczy, które brzmiały jak ironia, ale nikt się potem nie śmiał. Zbliżała się dwudziesta druga. Koniec zmiany. Przeszedł przez przejście podziemne pod Centralnym, minął pijaka śpiącego przy automacie biletowym, dwie dziewczyny robiące zdjęcia przy neonach i grupę Anglików, którzy krzyczeli tak, jakby Warszawa była tylko tańszą dzielnicą Londynu z lepszą wódką. Jeden z nich zawołał:

- Hey, kid! You know where is party?

Wasyl spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

- Everywhere is party - odpowiedział. - But money first.

Anglik ryknął śmiechem. Dał mu dwadzieścia złotych za nic. Wasyl przyjął banknot z godnością człowieka, który właśnie zawarł ważny kontrakt międzynarodowy. Potem poszedł dalej. Tramwaje dzwoniły, autobusy syczały, taksówki migały kogutami, rowerzyści klęli na pieszych, piesi klęli na rowerzystów, a gdzieś wysoko, na ekranie reklamowym, Amalia Krzesińska uśmiechała się z plakatu promującego nową trasę koncertową. Wasyl zatrzymał się na chwilę. Znał ją. Kilka razy walił sobie konia do jej zdjęć. Teraz też mu stanął. Taki odruch. No, ale nie znał jej osobiście, oczywiście. Ale w bazie często leciały jej piosenki. Jedna ciotka płakała przy nich, druga mówiła, że to „muzyka dla dziewczyn, które wierzą w horoskopy”, a trzeci wujek udawał, że nie słucha, chociaż znał refreny. Na plakacie Amalia miała włosy jak z reklamy szamponu, oczy jak z filmu i usta tak czerwone, że wyglądały, jakby ktoś je podpisał flamastrem. I dobre cycki. Kiedyś mówiono, że najlepsze w Polsce. Pod spodem było napisane:

AMALIA KRZESIŃSKA - RYTM ENIGMATYCZNEJ DZIKOŚCI SERCA - TOUR 2026

Wasyl popatrzył na plakat, a potem na swoje brudne buty.

- Bogata lasencja - mruknął.

Poszedł dalej. Nie wiedział jeszcze, że tej nocy zobaczy człowieka, przez którego nazwisko tej kobiety w bazie wypowiadano półgłosem, z mieszaniną zachwytu, strachu i niedowierzania. A w jego przypadku też z młodzieńczą erekcją cygańskiego gwałciciela. Wasyl nie był oczywiście gwałcicielem, bo taka akcja zatopiłaby cygański biznes w kraju. Trzeba uważać na skrajną prawicę. Zresztą, ostatnio podobno wielki szef mówił o sojuszu z prawicą do walki z Ukrami i murzynami. Nie wiedział, że go dziś spotka. Tego człowieka. Człowieka, który dla jednych był aktorem z telenoweli. Dla innych wrestlerem. Dla jeszcze innych królem. A dla warszawskiego półświatka romskich naganiaczy, żebraków, drobnych cwaniaków, złomiarzy, fałszywych muzyków, prawdziwych muzyków, handlarzy różami, parkingowych duchów i ludzi od „panie, przypilnuję auta” był kimś więcej.

DONEM BIDAMO!

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

II. Baza

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Baza mieściła się w budynku, który kiedyś mógł być hurtownią, warsztatem samochodowym albo smutnym magazynem rzeczy, których nikt nigdy nie chciał. Teraz miał wybite dwa okna, jedno zabite płytą OSB, drugie zasłonięte dywanem. Wasyl wszedł od tyłu, przez metalowe drzwi, które skrzypiały jak stary człowiek w autobusie. W środku pachniało papierosami, kapustą, mokrymi kurtkami i pieniędzmi dotykanymi przez zbyt wiele rąk. Przy stole siedziała ciotka Mirela, która nie była jego ciotką, ale wszyscy nazywali ją ciotką, bo miała twarz kobiety, która wszystkich karmiła i wszystkich biła z równym przekonaniem. Obok niej stał Borys Mały, który nie był mały, tylko miał prawie dwa metry i wielkie dłonie. Nazywano go tak, bo kiedyś był mały, co zdaniem bazy wystarczało na całe życie.

- No? - spytała ciotka Mirela.

Wasyl wyjął pieniądze. Położył na stole.

Ciotka przeliczyła.

- Średnio.

- Deszcz miał być - powiedział Wasyl. - Ludzie się spieszyli.

- Nie padało.

- Ale miało.

Ciotka spojrzała na niego z takim rozczarowaniem, jakby właśnie oblał maturę z fizyki kwantowej.

- Od kiedy prognoza pogody usprawiedliwia biedę?

Borys Mały zaśmiał się.

- Dzisiaj zebranie - powiedział. - Nie plącz się. Idź spać albo siedź tam, gdzie dzieci siedzą.

Wasyl chciał spytać: „A gdzie dzieci siedzą?”, ale znał odpowiedź. Tam, gdzie nikomu nie przeszkadzają. Wziął z kuchni kromkę chleba, kawałek kiełbasy i plastikowy kubek herbaty. Herbata była mocna, typowa siekiera. Poszedł w głąb budynku, do części, gdzie zwykle spali młodsi. Materace, stare koce, walizki, reklamówki, czyjeś buty, czyjeś życie. Ale zanim doszedł, usłyszał muzykę.

Nie radio.

Nie telefon.

Żywą muzykę.

Skrzypce.

Potem akordeon.

Potem cichy, niski głos śpiewający coś, czego Wasyl nie rozumiał do końca, ale co brzmiało tak, jakby ktoś wspominał ogień, konie, zdrady, kobiety, pieniądze i dawne czasy, których może nigdy nie było. Zebranie nie odbywało się w głównej sali. Odbywało się w starym magazynie za kotarą. Wasyl wiedział, że nie wolno tam iść. Więc poszedł. Nie dlatego, że był odważny. Był dzieckiem, a dzieci mają w sobie głupotę, którą dorośli później nazywają charakterem. Przemknął pod ścianą, minął stos pustych kartonów po bananach, skrzynki z kablami i zepsutą hulajnogę elektryczną. Wcisnął się za regał, z którego odpadała rdza, i znalazł szczelinę między dywanem a ścianą. Zajrzał. I zobaczył królestwo.

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

III. Don Bidamo

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Wielka hala magazynowa była oświetlona żarówkami zwisającymi na kablach oraz kolorowymi lampkami choinkowymi, które ktoś rozwiesił pod sufitem. Na środku stał długi stół przykryty czerwonym obrusem. Na stole leżały telefony, popielniczki, talerze z mięsem, butelki wódki, kawa w szklankach i pliki pieniędzy. Wokół stołu siedzieli bossowie. Wasyl znał niektórych z widzenia.

Był Stary Marian od parkingów, który kontrolował ludzi pod cmentarzami i stadionami.

Była Róża z Woli, od kwiatów, chusteczek i „dziecko chore, pan pomoże”.

Był Czarny Ilja, który mówił mało, ale zawsze miał przy sobie dwóch kuzynów.

Był Władek Moneta, specjalista od fałszywych zbiórek na operacje, psy, koty, powodzie, pożary i raz nawet na remont nieistniejącej cerkwi w Piasecznie.

Była też stara Apolonia, która podobno pamiętała czasy, gdy na Dworcu Wschodnim można było zarobić więcej niż na kontrakcie reklamowym. A na końcu stołu, na krześle obitym czerwonym aksamitem, które wyglądało jak tron wyniesiony z domu weselnego, siedział on.

DON BIDAMO.

Miał na sobie stare dresowe spodnie, elegancką marynarkę, koszulę w kolorze zgniłego złota i klapki z bazaru. Na nosie okulary przeciwsłoneczne, mimo że byli w magazynie. Na głowie biały kapelusz w typie panama, a w pysku dodatkowo wykałaczkę. Twarz miał znajomą. Wasyl zmrużył oczy. Przecież to był ten człowiek z telewizji. Ten Chińczyk z serialu. Albo wrestler z HVW… albo EWF?  Albo chłop z memów, gdzie trzymał kurczaka i pas. Bidam Franciszek Nowak. Tylko tu nikt nie mówił do niego „panie Bidamie”. Nikt nie prosił o zdjęcie. Nikt nie pytał o znaną piosenkarkę. Tu siedzieli przed nim wyprostowani, spięci, cisi. Z boku stał zespół. Trzech muzyków. Skrzypek, akordeonista i stary gitarzysta w kapeluszu. Grali cicho, dramatycznie, jakby ilustrowali film, w którym zaraz ktoś zostanie zdradzony albo ożeniony. Don Bidamo podniósł rękę. Muzyka ucichła.

- Moi drodzy - powiedział spokojnie. - Zebraliśmy się tutaj, bo Warszawa jest organizmem. Miastem. Ciałem. A my jesteśmy jego układem krążenia. Pieniądz musi płynąć. Jak krew. Jak Wisła. Jak pot po plecach Franko, kiedy robi trzeci suplex i udaje, że jeszcze ma kondycję.

Bossowie pokiwali głowami, chociaż część pewnie nie wiedziała, kto to Franko. Don Bidamo kontynuował:

- Tymczasem dowiaduję się, że pieniądz nie płynie. Pieniądz stoi. A kiedy pieniądz stoi, robi się zakrzep. A zakrzep, moi drodzy, zabija człowieka, organizację i karierę aktorską. Ja wiem, bo miałem zator w trzecim sezonie „Miłość pod jemiołą”, ale scenarzyści uznali, że Chińczyk Chang nie może mieć zatoru, bo to za smutne na środę.

Cisza.

- Róża z Woli.

Kobieta w kwiecistej chustce wyprostowała się.

- Tak, Don Bidamo.

- Dlaczego pod Pałacem Kultury sprzedajecie róże po piętnaście złotych, kiedy turyści z Niemiec płacą dwadzieścia bez mrugnięcia?

-Bo konkurencja z Uzbeków zeszła do dziesięciu.

Don Bidamo westchnął ciężko.

- Konkurencja z Uzbeków nie rozumie sztuki sprzedaży emocjonalnej. Róża nie jest kwiatem. Róża jest wyrzutem sumienia. Mężczyzna nie kupuje róży kobiecie dlatego, że chce kwiat. Kupuje, bo wie, że zawiódł. Albo boi się, że zawiedzie. Albo chce coś ukryć. Cena wyrzutów sumienia nie może wynosić dziesięć złotych, bo wtedy to nie wyrzuty sumienia, tylko promocja w Biedronce.

Róża skinęła głową.

- Od jutra dwadzieścia.

- Dwadzieścia pięć po dwudziestej pierwszej - poprawił Don Bidamo. - Wieczorem ludzie są bardziej samotni. Samotność ma stawkę nocną.

Muzycy zagrali krótką, smutną frazę. Jakby samotność faktycznie właśnie dostała cennik.

- Władek Moneta.

- Jestem, Donie.

- Słyszałem, że robisz zbiórkę na chore dziecko pod Arkadią.

- Tak.

- Jak ma na imię?

Władek zamarł.

- Dziecko?

- Nie, tramwaj. Tak, dziecko.

- Yyy… Kacperek.

- Wczoraj było Zuzia.

- Bo to… bliźnięta.

Don Bidamo zdjął okulary. Powoli. Bardzo powoli. Jego oczy były zmęczone, ale ostre. No i skośne.

- Władek. Ja nie zabraniam kreatywności. Bez kreatywności nie byłoby wrestlingu, polskich telenowel i kuchni fusion. Ale kreatywność musi mieć continuity. Jak w serialu. Jeśli w poniedziałek dziecko jest Zuzią, we wtorek Kacperkiem, a w środę bernardynem po operacji biodra, to widz się gubi. A zgubiony widz nie płaci.

- Poprawię.

- Poprawisz. Kuba zrobi ci tabelkę w Excelu.

Bossowie spojrzeli po sobie.

-Kuba? - spytał Czarny Ilja.

Don Bidamo machnął ręką.

- Mój zdalny consigliere z Rzeszowa. Nie pije, nie przyjeżdża, ale robi dashboardy. Analityk z PowerBi. Czasy się zmieniły. Mafia, która nie zna Excela, skończy jak EWF. Na śmietniku historii. Tam, gdzie gnije od 2015 roku, z drobną przerwą na HVW, gnije trup polskiego wrestlingu. Nikt go do tego nie pochował, tylko prostu wyjebał na śmietnik Czy my chcemy trafić na śmietnik? Hę?

Wypluł zużytą wykałaczkę, ale natychmiast wziął nową z brudnego pojemnika. Nikt nie wiedział, czy jego stwierdzenie i jakieś teksty o wrestlingu, to groźba, czy analiza rynku, więc wszyscy uznali, że jedno i drugie. Don Bidamo wstał. Zespół natychmiast zaczął grać mocniej. Skrzypce weszły wysoko, akordeon jęknął, gitara zadudniła nisko. Bidamo przeszedł wzdłuż stołu, drapiąc paznokciami po blacie.

- Słuchajcie mnie dobrze, bo nie będę powtarzał. Warszawa jest nasza nie dlatego, że jesteśmy najliczniejsi. Nie dlatego, że jesteśmy najmądrzejsi. Nie dlatego, że mamy najlepsze garnitury, bo jak patrzę na Mariana, to widzę, że nie mamy.

Stary Marian spojrzał na swoją marynarkę w kratę i posmutniał.

- Warszawa jest nasza, bo rozumiemy jej wstyd. Ludzie tu chcą być europejscy. Chcą być nowocześni. Chcą pić matchę, biegać w drogich butach i mówić „target” zamiast „cel”. Ale w środku nadal są dziećmi z bloków, które boją się, że ktoś powie im, że nie pasują. I my z tego żyjemy. Sprzedajemy im chwilę ulgi. Kwiat. Piosenkę. Fałszywy uśmiech. Przypilnowanie auta. Zdjęcie z gołębiem. Łzę dziecka. To nie jest przestępstwo, moi drodzy. To jest teatr.

Przerwał. Uśmiechnął się krzywo.

- A teatr jest poważny. Mówię to jako marny aktorzyna.

Kilka osób zaśmiało się nerwowo. Don Bidamo wrócił na swoje miejsce i usiadł.

- Są jednak granice. Dzieci mają wracać całe. Nikt nie bije dzieci po twarzy. Twarz pracuje. Twarz zarabia. Jak ktoś zostawi ślad, to niech sobie sam stanie pod metrem i mówi „help me please” do Norwegów. Zrozumiano?

- Zrozumiano, Donie - odpowiedzieli chórem. Wasyl poczuł dziwne ukłucie w brzuchu. Nie wiedział, czy to była ulga, czy głód. Don Bidamo mówił dalej:

- Bo widzicie, wszyscy myślą, że władza to złoto. Ja coś o tym wiem, bo wiele w życiu przeszłem. Kiedyś wrestling. Później seriale. Na chwilę znowu wrestling. Znowu seriale. Teraz cygański tron. Pieniądze. Kobieta na plakacie. Główna rola. Main-event. A to bzdura. Władza to świadomość, że gdy wejdziesz do pomieszczenia, ludzie przestają żuć. Że boją się oddychać za głośno. Że nawet akordeonista wie, kiedy ma zamknąć mordę.

Akordeonista zbladł.

- Byłem aktorem drugoplanowym. Byłem dodatkiem do piosenkarki. Byłem Changiem, któremu zabrali Andrzejka. Byłem wrestlerem, który za późno dostał swój pas. Ale tutaj?

Rozłożył ręce.

- Tutaj nie jestem drugi. Tutaj jestem Don Bidamo. Mongolski Cygan z Phenianu, syn biedy, wasz wybawiciel, mistrz świata i człowiek, który rozumie cenę plastikowej róży po dwudziestej pierwszej. Pamiętacie kim byliście beze mnie? Brudnymi cyganami! Ja was zjednoczyłem! Wszystkie cygańskie rody z Mazowsza chodzą teraz pod jednym donem. A to dopiero początek ekspansji. Pamiętajcie, cel jest odległy, ale realny. Zjednoczymy wszystkich cyganów z Europy, tak, nawet wszystkich Rumunów, a są ich miliony, i razem taborami wyjedziemy do Mongolii! Tam na stepach założymy cygańskie królestwo, gdzie nie będziemy żebrakami, a panami świata!

Bossowie wstali. Muzyka uderzyła pełną mocą. Ktoś zaczął klaskać. Potem wszyscy. Rytmicznie. Jak na gali wrestlingowej, tylko zamiast świateł były gołe żarówki, zamiast FeliXtronu brudna ściana, a zamiast tysięcy fanów kilkudziesięciu ludzi, którzy żyli na granicy prawa, biedy i przedstawienia. Wasyl patrzył, nie oddychając. Nie rozumiał wszystkiego. Może nawet większości. Ale czuł, że widzi coś, czego nie powinien widzieć. Czuł też, że nie patrzy na zwykłego człowieka. Patrzył na kogoś, kto sam siebie wymyślił tak mocno, że świat z braku siły zaczął mu wierzyć.

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

IV. Chłopiec za regałem

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Zebranie skończyło się po północy. Bossowie wychodzili pojedynczo albo małymi grupkami. Szeptali, palili papierosy, odbierali telefony, kłócili się cicho o rejony i stawki. Muzycy pakowali instrumenty. Ktoś zgasił część lampek. Hala stała się ciemniejsza, bardziej zwyczajna. Królestwo wracało do bycia magazynem. Wasyl chciał się wycofać. Ostrożnie. Powoli. I wtedy przewrócił pustą skrzynkę po piwie. Huk był mały, ale w ciszy zabrzmiał jak gong. Wasyl zamarł. Przez kilka sekund nic się nie stało. Potem zza kotary wyszedł Borys Mały.

- Kto tam?

Wasyl mógł uciekać. Nie uciekł. Nogi odmówiły udziału w tym projekcie. Borys podszedł, zajrzał za regał i zobaczył go.

- O, proszę. Malutki Tytus, albo Wasyl, albo Ej ty, albo jak ci tam. Co tu robisz? Podsłuchujemy?

- Ja tylko…

- Co tylko?

- Szukałem… chleba.

- Chodź. Don jeszcze nie wyszedł.

Wasyl poczuł, jak żołądek spada mu gdzieś do butów. Borys poprowadził go przez halę. Każdy krok odbijał się echem. Wasyl czuł na sobie spojrzenia tych, którzy jeszcze zostali. Niektóre były obojętne. Niektóre rozbawione. Jedno czy dwa współczujące, ale współczucie w bazie było jak dziurawy parasol - ładnie wyglądało, dopóki nie zaczynał padać deszcz. Don Bidamo stał przy stole i zapinał tanią sportową torbę. Nadal był w kapeluszu, okularach, żuł kolejną wykałaczkę. Po podłodze walały się ich dziesiątki. Wyglądał jednak jak zmęczony człowiek po długim dniu zdjęciowym, walce i zebraniu zarządu spółki patologicznej. Borys chrząknął.

- Donie. Mały podsłuchiwał.

Don Bidamo spojrzał na Wasyla. Długo. Tak długo, że chłopiec zaczął liczyć w myślach pęknięcia w betonie.

- Jak się nazywasz? - spytał w końcu Bidamo.

- Wasyl.

- Sam Wasyl?

- Wasyl Tytus.

Bidamo uniósł brew.

- Tytus? Bardzo dobre imię. Papcio Chmiel by się wzruszył, gdyby jeszcze żył. Chociaż nie wiem, czy popierałby tę sytuację organizacyjną.

Wasyl nie wiedział, kto to Papcio Chmiel, więc milczał.

- Podsłuchiwałeś? - spytał Bidamo.

- Trochę.

- Trochę to można być pijanym albo zakochanym. Czyli podsłuchiwałeś czy nie?

- Podsłuchiwałem.

- I co usłyszałeś?

- Że róże wieczorem są droższe, bo ludzie są samotni.

Don Bidamo popatrzył na Borysa.

- Widzisz? Dziecko pojęło szybciej niż połowa naszego cygańskiego zarządu.

Borys wzruszył ramionami.

- Sprytny jest.

- Spryt bywa przekleństwem - powiedział Bidamo. - Zwłaszcza w Polsce. Tu sprytnych albo zamykają, albo wybierają do samorządu lub do senatu. Pamiętasz senatora Szakala? Ale w sumie, co ty tam wiesz. Za młody jesteś by znać senatorów, co nie?

Wasyl nadal stał nieruchomo. Don Bidamo sięgnął po kawałek kurczaka z talerza. Zimny, tłusty, zapewne z jakiejś budy. Ugryzł. Przez chwilę wyglądał, jakby znalazł w tym więcej prawdy niż we wszystkich pasach, tytułach i kobietach świata.

- Gdzie dziś stałeś? - spytał.

- Centralny. Złote. Trochę metro.

- Spotkałeś Psycho? On podobno też często stał, gdy rozjebał sobie karierę.

- Kogo? Kto to taki Psycho?

Oczywiście Wasyl Tytus nie wiedział kto to Psycho. Wasyl nie był jeszcze plemnikiem, gdy Psycho walczył w polskim wrestlingi. Nikt już nie pamiętał o takich starych alkoholikach i narkomanach, pseudo-gwiazdach, które upadły, a dzisiaj byłyby dziwactwem w jakimś tanim reality-show po 23, a tuż przed emisją porno. Nikt nie pamiętał o polskim wrestlingu. Wrestling, Vaclav, Psycho, Szakal, Yoshihito Nabeshima, SR-Crazy, Nas Jazzowski. Oni wszyscy gnili na śmietniku, a robactwo ucztowało na ich ciałach.

- Ile zrobiłeś?

Wasyl zawahał się, a Bidamo westchnął.

- Nie pytam, ile oddałeś. Pytam, ile zrobiłeś. Różnica między tymi kwotami jest podstawą ekonomii dziecięcej.

Wasyl milczał. Bidamo uśmiechnął się lekko.

- Dobrze. Nie kablujesz sam na siebie. To cenna cecha.

- Pan jest… naprawdę nim?

- Kim?

- Bidamem.

Cisza zrobiła się inna. Borys spojrzał na chłopca ostrzegawczo, ale Bidamo podniósł rękę.

- Doprecyzuj, młody Tytusie, bo Bidamów jest wielu. Jest Bidam Franciszek Nowak, aktor charakterystyczny, znany z ról Azjatów, Rumunów, Mongołów, czasem nawet Polaków, jeśli reżyser ma odwagę. Jest Bidam wrestler, wrestler, zawodnik EWF, później mistrz świata HVW, człowiek, który kiedyś przy dźwiękach „London Calling” wchodził między liny i bił ludzi prostymi ruchami, bo nie lubił się przemęczać. Jest Don Bidamo, skromny menedżer emocji ulicznych. Jest też Chang z „Klanu”, ale o nim nie rozmawiamy bez adwokata.

Wasyl zamrugał.

- To który jest prawdziwy?

Bidamo wziął drugi kęs kurczaka.

- Żaden. Wszystkie. Zależy od światła.

- Jak to?

- W ringu światło robi z ciebie boga. Kamera robi z ciebie aktora. Bieda robi z ciebie cwaniaka. Miłość robi z ciebie głupka. Pas robi z ciebie mistrza. A strach innych robi z ciebie króla.

- Czyli pan udaje?

Bidamo spojrzał na niego uważnie.

- Każdy udaje. Różnica jest taka, że jedni udają słabo i za darmo, a drudzy dobrze i biorą procent.

Wasyl pomyślał o sobie pod Złotymi Tarasami. O smutnej minie. O różach. O „please, for my sick mother”. O tym, że nie miał chorej matki, przynajmniej o ile wiedział. O tym, że gdy mówił po angielsku, robił oczy większe niż normalnie, bo turyści dawali wtedy więcej.

- Ja też udaję? - spytał.

- Oczywiście. Mały biedny chłopiec. Smutny, ale nie za smutny, bo za smutnych ludzie się boją. Grzeczny, ale trochę dziki, żeby było egzotycznie. Turyści to lubią. Kupują historię, nie różę.

Wasyl poczuł wstyd, chociaż nie wiedział dlaczego.

- To źle?

Bidamo przez chwilę milczał.

- Źle jest wtedy, kiedy zapomnisz, dlaczego udajesz. Albo kiedy maska, którą nosisz zacznie głodować, a człowiek pod nią nadal udaje, że jadł.

To zdanie było dziwne. Wasyl nie zrozumiał go do końca, ale zapamiętał. Zawsze zapamiętywał dziwne zdania. W bazie dziwne zdania czasem okazywały się przydatne po latach. Odważył się zadać drugie pytanie.

- A ta pani? Amalia? Ta słynna piosenkarka?

Bidamo znieruchomiał.

- Co z nią?

- Ona jest naprawdę taka ładna? Jak na plakatach?

Don Bidamo oparł się o stół. Przez chwilę w jego twarzy przemknęło coś miękkiego, prawie ludzkiego. Może wspomnienie mieszkania z widokiem na miasto. Może zapach drogich perfum. Może śmiech kobiety, która należała do świata świateł, nie do magazynu pełnego brudnych cyganów. Potem prychnął.

- Starzeje się - powiedział. - Jak wszyscy. Kamera tego nie pokazuje, filtry kłamią, fani są ślepi, a agenci bezczelni. Ale dupa nadal dobra.

Borys parsknął. Ktoś przy stole zakaszlał, żeby ukryć śmiech. Wasyl nie wiedział, czy wolno mu się śmiać, więc tylko się uśmiechnął.

- Kocha ją pan?

Bidamo spojrzał na niego ostro.

To było pytanie, którego nie powinno się zadawać królom.

Ani wrestlerom.

Ani mężczyznom w tanich klapkach.

- Miłość - powiedział w końcu - to nie jest sprawa dla dzieci, menedżerów i federacji wrestlingowych. Miłość psuje booking.

Wasyl nie wiedział, co to booking, ale zabrzmiało poważnie. Wasyl czuł się nieswojo, bo wiedział, że Don Bidamo z pewnością widział Amalię gołą na żywo, a Wasyl tylko sobie ją taką wyobrażał. Bez ubrań. Albo w internecie na fejkowych fotkach. Czy powinien się mu przyznać do tego? To byłoby dziwne. Na szczęście nie zdążył się odezwać, bo Don Bidamo wyjął z kieszeni banknot. Stuzłotowy. Podał chłopcu. Wasyl nie wziął od razu.

- Za co?

- Za nic. To inwestycja.

Wasyl wziął banknot.

- Ciotka mi zabierze.

- Nie zabierze.

- Skąd pan wie?

- Bo wiem.

- Co to znaczy? - spytał cicho.

- To znaczy, że nikt nie będzie cię bił po twarzy. Że jak zrobisz dobry wynik, dostaniesz ciepłe jedzenie. Że jak będziesz chciał iść do szkoły, to ktoś przynajmniej poudaje, że to organizuje. Że jak ktoś spoza naszych cię tknie, to będę niezadowolony. A kiedy ja jestem niezadowolony, muzycy grają wolniej, ludzie mówią ciszej i ktoś zwykle zaczyna żałować kariery.

Wasyl ścisnął banknot.

- Dlaczego?

Don Bidamo zarzucił torbę na ramię i nic nie odpowiedział. Ruszył w stronę wyjścia. Zespół, jakby na niewidzialny znak, zaczął grać cicho. Nie triumfalnie. Nie żałobnie. Coś pomiędzy. Muzykę drogi. Muzykę ludzi, którzy zawsze skądś odchodzą, nawet jeśli stoją w miejscu. Przy drzwiach Bidamo zatrzymał się jeszcze i odwrócił.

- Mały Tytusie.

- Tak?

- Jak ktoś spyta, co tu widziałeś, mówisz, że nic. Jak ktoś spyta, kim jestem, mówisz, że aktorem. Jak ktoś spyta, czy dobrym, mówisz, że pytanie jest obraźliwe.

Wasyl skinął głową.

- A jak ktoś spyta, czy jest pan wrestlerem?

Bidamo uśmiechnął się. To był uśmiech człowieka, który słyszy daleko w głowie własną muzykę wejściową. I wyszedł.

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

V. Budzik alternatywny

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Mieszkanie Bidama w centrum Warszawy wyglądało jak katalog luksusowych apartamentów, do którego ktoś przez pomyłkę wstawił człowieka z dworca autobusowego. W salonie stała designerska kanapa za tyle pieniędzy, że przeciętny Polak mógłby za nią kupić używaną Skodę, komplet zimowych opon i jeszcze zostałyby mu środki na smutek. Na ścianie wisiał wielki telewizor, na półce stały jakieś nagrody Amalii Krzesińskiej, kilka statuetek Bidama z festiwali serialowych, a na środku stolika leżała replika HVW World Championship. Bidam kiedyś wygrał ten pas, ale zapomniał czy jest jeszcze mistrzem czy też nie. HVW już nie ma, ale replikę pasa ma i sobie ją chwali. Ma też repliki z czasów Extreme Wrestling Federation tych wszystkich innych pasów jakie tam posiadał. Ma też zdjęcie jak na gali w RPA Franko odbiera mu EWF FTW Championship. Wywołał i postawił w ramce. Ta porażka go wkurwia. Bidam jednak Rzeźnika lubi, to jego kumpel, chyba jedyny przyjaciel jakiego ma. Obok niego widać niedojedzonego kurczaka z rożna zawiniętego w papier.

Na tarasie natomiast siedział romski zespół. Trzech muzyków, jeden akordeon, jedne skrzypce, jedna gitara, dwa termosy z herbatą i absolutny brak poczucia, że ich obecność na trzydziestym którymś piętrze luksusowego apartamentowca może być dla kogokolwiek problemem.

Co jakiś czas grali.

Nie cały czas.

To byłoby może łatwiejsze do zaakceptowania.

Grali nagle.

Najpierw cisza. Potem skrzypce wbijały się w powietrze jak dramatyczna zapowiedź zdrady w telenoweli. Akordeon dołączał z jękiem człowieka, który widział ceny mieszkań w Warszawie. Gitara podbijała rytm. Po trzydziestu sekundach wszystko milkło, jakby nigdy nic.

Amalia Krzesińska stała przy ekspresie do kawy i patrzyła na taras z miną kobiety, która w życiu widziała już wiele absurdów, ale większość z nich dało się przynajmniej omówić z prawnikiem. Amalia była znaną piosenką. Wystąpiła na Eurowizji. Do dzisiaj nie wie jak to się stało, że jest w związku z byłym wrestlerem, a obecnie aktorem serialowym. Kiedyś wrestler EWF to było jak piłkarz, działało na wszystkie laski. Wyjątkiem był Vaclav. On nie działał na żadną. Nawet na te grube. On był zbyt obrzydliwy. A może nie działał na żadną, dlatego że podobno był gwałcicielem. Może to była niesprawiedliwa plotka? Może po latach odnalazł miłość i spokojne ognisko domowe? Ale to przeszłość, odległe czasy EWF. Nikt już w Polsce nie pamięta o wrestlingu.

- Bidam - Amalia powiedziała spokojnie.

Bidam siedział przy stole w kuchni, ubrany w stary szlafrok hotelowy z czeskiego uzdrowiska, z telefonem w dłoni. Patrzył na ekran i marszczył brwi.

- Tak?

- Dlaczego na naszym tarasie siedzi zespół grajków?

- To nie jest zespół.

Muzycy jak na komendę zagrali krótką, skoczną frazę. Amalia zacisnęła powieki.

- Bidam.

- To jest budzik.

- Budzik?

- Tak.

- Na tarasie? Budzik?

- Tak.

- Trzech ludzi.

- Z instrumentami, więc czterech, jeśli liczyć akordeon jako osobny byt duchowy.

Amalia odwróciła się powoli.

- Masz iPhone’a.

Bidam podniósł telefon.

- Właśnie. I w tym jest problem. Nie umiem go obsługiwać.

- Używasz go codziennie.

- Używam, ale nie rozumiem. To różnica. Jak polskie kino po 2005 roku. Oglądasz, ale nie rozumiesz, kto zatwierdził scenariusz.

- Chcesz mi powiedzieć, że nie potrafisz ustawić alarmu na telefonie?

- Potrafię wejść w zegar. Potrafię kliknąć plus. Potrafię ustawić godzinę. Ale potem on zaczyna grać jakieś dźwięki, które nie budzą wojownika. Ja natomiast jestem wojownikiem! To są dźwięki dla ludzi, którzy pracują w marketingu i piją mleko owsiane. Ja potrzebuję pobudki z duszą.

Na tarasie skrzypek, jakby zrozumiał, pociągnął smyczkiem tak dramatycznie, że nawet ekspres do kawy zapiszczał ciszej.

- Powiedziałem o tym Franko, wiesz? To znaczy o moich problemach z budzikiem. No i o pomyśle cygańskiej kapeli jako budzika - dodał Bidam. - Franko zrozumiał i poparł ten pomysł. Powiedział, że jest zajebisty.

Amalia zmarszczyła czoło.

- Kto to jest Franko?

Bidam odłożył telefon z ciężkim stuknięciem, jakby Amalia właśnie zapytała, kto to jest Robert Lewandowski, Adam Małysz i ten pan reklamy Viziru jednocześnie.

- Jak to kto?

- Nie pamiętam.

- Franko The Butcher. Rzeźnik. Mój kumpel. Najlepszy wrestler ostatnich szesnastu lat.

Amalia spojrzała na niego.

- Szesnastu?

- Obok mnie oczywiście.

- Oczywiście.

- Dobry chłop. Włochaty, ale dobry. Zrozumiałby, że jak mężczyzna po czterdziestce nie umie obsłużyć iPhone’a, to nie znaczy, że jest stary. To znaczy, że cywilizacja poszła w złą stronę.

Amalia podeszła do okna tarasowego i odsunęła firankę. Muzycy siedzieli wygodnie. Jeden palił papierosa, drugi jadł kanapkę, trzeci coś stroił.

- A jak fotoreporterzy to zauważą? - spytała. - Jak ktoś zrobi zdjęcie? „Amalia Krzesińska trzyma na tarasie kapelę”. Chyba jeszcze cygańską? Wiesz, jak to będzie wyglądało? Wojewódzki zada mi takie pytanie w swoim show i co mu odpowiem? Pójdę do Stanowskiego do kanału Zero i co? Co ja im powiem? Jak to będzie wyglądało?

- Folkowo.

- Skandalicznie.

- Etnicznie.

- Bidam.

- Dobrze, może trochę dziwnie.

- Trochę?

- Ale ja jestem człowiekiem sztuki. Ty jesteś człowiekiem sztuki. Oni są ludźmi sztuki. To mieszkanie jest miejscem interdyscyplinarnego dialogu.

- To mieszkanie jest miejscem, gdzie ja próbuję wypić kawę bez koncertu o siódmej rano.

Bidam spojrzał na zegarek w telefonie.

- Jest dziewiąta czterdzieści.

- Bo już grali o siódmej.

- Skuteczny budzik.

Amalia odetchnęła głęboko.

- Co ty w ogóle robisz czasem nocami? Znikasz, wracasz nad ranem, śmierdzisz dymem, tanim kebabem i czymś, czego nie chcę identyfikować. Teraz na tarasie mam orkiestrę. Mam prawo pytać.

Bidam wstał, podszedł do lodówki, otworzył ją i zajrzał do środka, jakby odpowiedź na pytanie o nocne życie mogła stać obok jogurtu proteinowego.

- Pracuję.

- Nad czym?

- Nad sobą. Nad marką osobistą. Nad rolami. Nad wrestlingiem. Nad dziedzictwem.

- Nad dziedzictwem?

- Tak. Ludzie myślą, że ja tylko siedzę i jem kurczaki. A ja mam sukcesy. Ostatnio na Słowacji dostałem propozycję roli trzecioplanowej w serialu medyczno-obyczajowym.

- Trzecioplanowej?

- Bardzo ważnej trzecioplanowej. Gram wietnamskiego fizjoterapeutę, który w trzecim odcinku podaje głównej bohaterce ręcznik, a w siódmym okazuje się, że wie coś o zaginionym bracie ordynatora.

- To jest sukces?

- W Bratysławie? Ogromny. Tam trzeba zaczynać skromnie. Poza tym była jeszcze rola w słowackim kryminale. Grałem podejrzanego Rumuna, który nie mówi, tylko patrzy.

- I?

- Wycięli większość, ale zostawili patrzenie. Reżyser powiedział, że mam twarz człowieka, który mógłby dużo wiedzieć albo nic nie rozumieć. To jest mój zakres aktorski.

Amalia oparła się o blat.

- A co „Plebanią”?

Bidam rozpromienił się.

- O, to jest temat. Słyszałem, że robią reboot. Nowoczesny. Streamingowy. Mroczniejszy. Plebania, trochę nawet taka antyklerykalna. Mają być tajemnice, wątki społeczne, ksiądz z traumą, organista z podcastem true crime, gospodyni po kursie mindfulness. Ja mógłbym grać Azjatę, który przyjeżdża do Tulczyna otworzyć food trucka z ramenem, ale okazuje się, że jest synem dawnego kościelnego.

- Bidam, ty naprawdę chcesz grać syna kościelnego w „Plebanii”? Tego z downem?

- Ostatnio interesuję się kulturą romską.

- Co? Ja nie jestem Wiki Gabor.

- Słuchaj. Ja chcę być częścią wielkich polskich mitologii. „Klan”, „Plebania”, „M jak miłość”, „Ojciec Mateusz”. To są nasze Avengersy, tylko wolniejsze i z większą ilością herbaty. A na obiad zawsze podawana jest zupa bez towaru.

Amalia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Potem spytała nagle:

- Czy moje pośladki robią się obwisłe?

Bidam zamarł. Na tarasie muzycy również jakby wyczuli niebezpieczeństwo, bo przestali stroić instrumenty.

- Nie - powiedział Bidam natychmiast.

- Mówisz tak, bo musisz.

- Mówię tak, bo chcę żyć.

- Bidam.

- Nie robią się obwisłe. Są bardzo dobre. Stabilne. Rozpoznawalne. Jak marka premium. Przecież występujesz w tej reklamie Intimissi-coś tam. Ja też muszę ten jedwabny badziew później nosić, no dla mężczyzn oczywiście, bo tyle ci go za darmo dali.

- Nie zmieniaj tematu.

- Ale to komplement.

- Nie brzmi.

- Mogę sprawdzić w internecie, co mówią.

Amalia wyprostowała się.

- Co?

Bidam już sięgnął po telefon.

- Są fora, komentarze, profile fanowskie. Ludzie analizują wszystko. Może ktoś robi zestawienia z koncertów: 2017 Eurowizja, 2020 „Rytm dzikości serca”, 2024 Opole, 2026 trasa. Można porównać materiały. Są też fora dla erotomanów i masturbatorów. Jak temat z twoimi fotkami jest wysoko, to znaczy, że jesteś popularnym obiektem masturbacyjnym.

- Odłóż telefon.

- To tylko obiektywne dane.

- Odłóż.

Bidam odłożył telefon powoli. W tej chwili drzwi wejściowe otworzyły się energicznie i do mieszkania weszła Kornelia Kowalska, agentka zarówno Bidama jak i Amalii. Miała na sobie elegancki płaszcz, w ręku tablet, na twarzy minę kobiety, która już od progu wie, że zaraz będzie musiała rozwiązywać problem, którego nie uwzględniała żadna umowa menedżerska.

Usłyszała muzyków na tarasie.

Zatrzymała się.

- Nie - powiedziała.

Bidam uśmiechnął się.

- Dzień dobry, Kornelio.

- Nie.

- Jeszcze nie wiesz, o co chodzi.

- Widzę orkiestrę na tarasie. Wiem wystarczająco.

- To budzik.

Kornelia spojrzała na Amalię.

- Przepraszam.

- Ja też - powiedziała Amalia.

Bidam podszedł do Kornelii z miną człowieka, który zamierza poruszyć temat ważniejszy niż muzyka, pośladki i słowackie role trzecioplanowe razem wzięte.

- Skoro już jesteś, to dobrze. Powiedz mi, dlaczego Amalia nie chce iść na nocowankę z WOŚPu?

Kornelia zamknęła oczy.

- Nie.

- Jaką nocowankę? - spytała Amalia zimno.

- Tę, co wylicytowano u Owsiaka. Media mówią. Internet mówi. Ludzie mówią. Ktoś zapłacił duże pieniądze, żeby nocować z tobą czy u ciebie, nie wiem dokładnie, bo artykuł miał paywalla, a ja nie płacę za informacje, które powinny być publiczne.

Amalia powoli odstawiła filiżankę.

- To nie była nocowanka.

- A co?

Kornelia weszła mu w słowo.

- To był udział w kolacji charytatywnej z możliwością wejścia za kulisy koncertu i pamiątkowego zdjęcia.

- Media pisały nocowanka.

- Media pisały głupoty.

- Czyli nie będziesz spała z jakimś zwycięzcą aukcji?

- Bidam!

- Pytam dla bezpieczeństwa związku i brandu.

Kornelia wskazała na niego tabletem.

- To nie jest jej wina.

Amalia wskazała na niego filiżanką.

-To nie jest moja wina.

- Ale ludzie mówią…

- Ludzie mówią, bo klikają - powiedziała Kornelia. - Ty powinieneś to rozumieć.

Bidam zamyślił się. Kornelia już otwierała usta, ale telefon Bidama zaczął dzwonić.

Na ekranie pojawiło się: FRANKO RZEŹNIK.

Bidam natychmiast odebrał.

- Franko! Bracie! Mów do mnie!

Chodził po salonie, a Amalia i Kornelia patrzyły na siebie z rosnącym niepokojem.

Aha.

Aha.

Co?

Aha.

Nie żartuj.

Aha.

Psycho?

Aha.

Vaclav też?

O, kurwa.

Nie, nie przeklinam przy kobietach, to był cytat historyczny.

Aha.

Hania? Córka Szakala? Wnuczka?! Ale dzieciorób i wnuczkorób! Ona już dorosła? Aha, czas płynie, rozumiem.

Jaki Sergiusz? Nie znam.

Aha.

Yoshihito Nabeshima? Żyje?

Aha.

Nas Jazzowski? Podobno? Jak to podobno? Nas zawsze był trochę podobno.

Aha.

Bo ja trenowałem po HVW, przecież wiesz. Biorę udział w cygańskich walkach. Tylko w masce, pożyczyłem twoją, tzn. jej replikę. To są ostre walki, ale muszę być w masce, bo twarz jest dla mnie ważna. No tak, walczę z cyganami. To nic takiego.

Aha.

Nie, Franko, słuchaj mnie. Jeśli EWF wraca, to ja też wracam.

Amalia zrobiła krok w jego stronę.

- Co wraca?

Bidam machnął ręką, żeby była cicho.

- Franko, to jest moment dziejowy. HVW, EWF, pasy, historia, krew, kiełbaski, kurczaki, szafy stare krzywdy i nowe kolana. Ja jestem gotowy. Ale tym razem będę walczył inaczej.

Na tarasie muzycy zaczęli bardzo cicho grać, jakby podsłuchiwali rozmowę i robili podkład.

- Stylem cygańskim - powiedział Bidam z powagą.

Cisza.

Nie, Franko, nie chodzi o to, że będę tańczył.

Aha.

Nie, nie będę wchodził do ringu z tamburynem. Chociaż to nie jest zły pomysł. Na ring będę wychodził z orkiestrą. Kapelą cygańską. Poznasz ich zresztą, fajne chłopaki. Będą grali mój theme. Nasz do tag-teamów też.

Aha.

Styl cygański to znaczy spryt, ruch, chaos, muzyka, protekcja, znikanie z narożnika i pojawianie się za plecami.

Nie, to nie jest po prostu oszukiwanie.

To jest kultura walki.

Nie rozumiesz, bo jesteś prostym rzeźnikiem. I za to cię kocham.

Amalia szepnęła do Kornelii:

- Co to jest EWF?

Kornelia spojrzała na nią śmiertelnie poważnie.

- Kłopot. Lata terapii pójdą na marne.

Bidam tymczasem rozpromieniał się coraz bardziej.

Franko, to będzie piękne. Psycho, Vaclav, Hania córka Szakala, jakiś Sergiusz, Yoshihito Nabeshima, Nas Jazzowski, ty i ja. To jest jak zjazd absolwentów domu wariatów, tylko z lepszym lightingiem.

Aha.

Tak.

Nie, Amalia nie pamięta, kim jesteś.

Nie obrażaj się, ona nie pamięta wielu rzeczy związanych z wrestlingiem, bo jej mózg wypiera biedę.

Aha.

Dobra.

Do zobaczenia, bracie.

Rozłączył się.

Przez chwilę w mieszkaniu panowała cisza. Tylko na tarasie akordeon wydał cichy, przeciągły dźwięk, jak westchnienie starej federacji budzącej się z grobu. Bidam odwrócił się do Amalii i Kornelii. Miał w oczach ten błysk. Ten sam, który pojawiał się zawsze, gdy coś głupiego zaczynało wyglądać jak przeznaczenie.

- EWF wraca - powiedział.

Kornelia usiadła ciężko na kanapie.

- O nie.

Amalia spojrzała na zespół na tarasie, potem na pas leżący przy kurczaku, potem na Bidama.

- Czyli oni zostają?

Bidam otworzył szeroko ramiona.

- Kochanie, zaczyna się nowy rozdział. Potrzebuję już nie tylko budzika, ale kapeli która na żywo będzie grała mój theme.

Muzycy natychmiast zagrali dramatyczny motyw.

Kornelia zakryła twarz dłonią.

Amalia dopiła kawę jednym łykiem.

Bidam podszedł do okna, spojrzał na Warszawę i powiedział z wielką powagą:

- Zapowiada się niezła zabawa.

A z tarasu, ponad miastem, popłynęła muzyka tak głośna, że gdzieś trzy piętra niżej jakiś prezes funduszu inwestycyjnego obudził się zlany potem i przez chwilę był pewien, że wrócił polski wrestling.

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

VI. Wywiad

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

 

Youtubowe studio Cassandry Tisserant miało klimat miejsca, w którym można było udawać poważne dziennikarstwo. To już było chyba EWF, prawda? Cassandra miała wrócić do EWF, a więc to chyba EWF? ścianie wisiał plakat zapowiadający:

EWF PPV: KRWAWA MAJÓWKA

31.05.2025 - Poznań

Battle Royal. Pierwszy odpadający opuszcza EWF. Dwóch najlepszych walczy o EWF World Championship.

Bidam siedział naprzeciwko Cassandry w koszuli, która była za elegancka jak na niego, i w spodniach dresowych, które były dokładnie takie jak on. Obok niego leżał telefon, a pod stołem plastikowa torba z resztką kurczaka. Za drzwiami było słychać cygańskich muzyków. Cassandra spojrzała w kamerę.

- Moim gościem jest człowiek, którego chyba nie trzeba przedstawiać, ale i tak to zrobię, bo lubię profesjonalizm. Aktor, wrestler, były mistrz HVW, były zawodnik EWF, którego dobrze pamiętam z tamtych czasów, człowiek, który wielokrotnie powtarzał, że nie chce już być drugoplanowy. Przed nami EWF Krwawa Majówka, gala, która po dwudziestu pięciu latach wreszcie ma się odbyć. Bidam.

Bidamczyk skinął głową.

- Dziękuję. Piękny wstęp. Czułem się przez chwilę jak ktoś ważny.

- Bo jesteś ważny?

- No właśnie po to jadę do Poznania, żeby to potwierdzić.

- Zacznijmy od samej gali. Krwawa Majówka. Zapowiedziana jeszcze w 2001 roku, nigdy niezorganizowana. Teraz wraca jako reboot pierwszej Wrestlepaloozy. Jedna wielka walka: Battle Royal. Pierwszy zawodnik, który wypadnie z ringu, opuszcza EWF. Dwóch najlepszych przechodzi do main eventu i walczy o EWF World Championship. Co czujesz?

- Nic.

- Podoba ci się?

- Tak.

- Bardzo lakonicznie odpowiadasz. Boisz się, że możesz odpaść pierwszy?

- Każdy, kto mówi, że się tego nie boi, jest idiotą albo Psycho. A Psycho jest osobną kategorią przyrodniczą. Nie, nie boję się. Wprawdzie jestem po czterdziestce, moje kolana brzmią czasem jak drzwi w starym pociągu, a w Battle Royal może mnie wypchnąć każdy: wielki, mały, młody, stary, pijany, trzeźwy, legendarny albo przypadkowy Sergiusz w drogich butach z wypożyczalni. Ale strach nie jest problemem. Problemem jest, czy człowiek potrafi z niego zrobić paliwo.

- A ty potrafisz?

- Ja całe życie robię paliwo z rzeczy, które powinny mnie zabić zawodowo.

- Mówisz, że jedziesz do Poznania potwierdzić, że jesteś ważny. Ale stawka jest większa. Dwóch najlepszych z Battle Royal zawalczy w main evencie o EWF World Championship. Chcesz tego pasa?

- Cassandro. Ja nie jadę tam po udział. Nie jadę tam dla nostalgii. Nie jadę tam po zdjęcie z Franko, uścisk dłoni Psycho, z którym nigdy nie walczyłem, a wiele o nim słyszałem. Nie jadę też, żeby znowu zobaczyć jak Vaclav chleje, a potem rzyga do śmietnika. Ja jadę po EWF World Championship.

- Mocna deklaracja.

- Prosta deklaracja. Ja już raz byłem człowiekiem, który za późno dostał swoją szansę. W EWF przez lata byłem gdzieś obok. Dobry, lubiany, dziwny, skuteczny, ale zawsze obok. Franko miał swoje wielkie wojny z Nasem Jazzowskim. Szakal miał swoją legendę. Psycho miał swoją aurę. Zresztą nie znałem go, bo za mojej kadencji to podobno był już tak gruby, że nie mógł walczyć. Narkotyki i alkohol to właśnie robią z człowiekiem. Vaclav miał swoją obleśną obrzydliwość. Nas miał swoją chorobę mesjańską. A ja? Ja byłem Bidamem. Zabawny Azjata od kurczaków, od dziwnych historii, od tag teamu, od tego, że może kiedyś coś z niego będzie. Teraz mam dość „może”. Teraz ma być „jest”. EWF wraca po dwudziestu pięciu latach od narodzin i po dwudziestu pięciu latach od zapowiedzi Krwawej Majówki. To jest jubileusz, reboot, pogrzeb i chrzest w jednym. Nie mogę stać z boku. Ja muszę znaleźć się w ostatniej dwójce, a potem w main evencie zdobyć EWF World Championship.

- Dlaczego aż tak ci na tym zależy?

- Bo HVW World Championship udowodniło, że mogę być mistrzem. Ale EWF World Championship udowodniłoby, że moja historia naprawdę się domknęła. HVW było świetne, bardzo lubiłem to miejsce, miało świetny klimat. Jednak to EWF było miejscem, gdzie zaczęła się moja kariera. Tam byłem głodny, biedny, dziwny i nie do końca rozumiałem, czy ludzie mnie kochają, czy się ze mnie śmieją. Teraz wracam jako ktoś, kto przeżył wrestling, telenowele, słowackie role trzecioplanowe, Amalię, Kornelię, cygańską orkiestrę i własną głowę. Jeśli zdobędę EWF World Championship, to już nikt nie powie, że byłem drugoplanowy. Chyba że jakiś idiota z gazety zrobi literówkę i napisze Budam.

- Battle Royal oznacza jednak, że nie możesz skupić się tylko na jednym przeciwniku.

- Wiem. To jest targowisko przemocy. Każdy coś krzyczy, każdy coś ciągnie, ktoś ci nadepnie na stopę, ktoś cię zdradzi, ktoś się chwilowo sprzymierzy, a potem spróbuje wyrzucić przez górną linę. Wszyscy mają równe prawo zrobić ci krzywdę.

- Przejdźmy więc po nazwiskach. Franko the Butcher.

- Franko to mój przyjaciel. Mój brat z ringu. Człowiek, z którym zdobywałem pasy tag teamów, z którym krwawiłem, podróżowałem i milczałem w sposób bardziej treściwy niż rozmowy z większością ludzi show-biznesu.

- Ale w Battle Royal może cię wyrzucić poza ring.

- Oczywiście, że może. I ja mogę wyrzucić jego. Na tym polega uczciwość naszej przyjaźni. Gdyby Franko miał okazję wrzucić mnie przez górną linę i tego nie zrobił, obraziłbym się. To znaczyłoby, że mnie lekceważy. A jeśli ja zobaczę, że Franko stoi przy linach, zmęczony, spocony, z tym swoim spojrzeniem człowieka, który widział już tyle zła, że przestało go ono interesować - to spróbuję go wyrzucić.

- A jeśli to wy dwaj zostaniecie na końcu?

- Wtedy Krwawa Majówka dostanie main-event, na jaki zasługuje. Bidam kontra Franko o EWF World Championship. Dwóch starych tag team championów. Dwóch ludzi, którzy razem byli drużyną, a osobno zawsze musieli sobie coś udowadniać. On mnie sprowadzi na ziemię. Brzydko, brutalnie, boleśnie. A ja mu pokażę, że nawet Rzeźnik może zostać przechytrzony przez mongolską duszę. W Afryce, przed wielkim upadkiem EWF nie wyszło mi. Odebrał mi EWF FTW Championship, ale on tam miał swoje chwile chwały. Wykończył Jazzowskiego i go złamał. Teraz ja wykończę jego… ale uczciwie i po bratersku.

- Psycho.

- Psycho to będzie problem od pierwszej sekundy. To legenda. Stara i sflaczała, ale jednak legenda. Podobno schudł i nie jest już gruby jak Fat Boy. Świetna sprawa, bo chciałbym się z taką legendą rozprawić. Walczyłem z Crazy’m, Szakalem, Bubbą, Vaclavem, Jazzowskim, ale Psycho to zawodnik innego kalibru. To taki typ zawodnika w Battle Royal jest jak petarda wrzucona do pralki. On nie wejdzie po to, żeby spokojnie kalkulować. On wejdzie, żeby wszyscy patrzyli.  Psycho trzeba wyeliminować w momencie, gdy jest zajęty samym sobą. To częsty moment, bo on jest sobą zajęty nieustannie. Problem polega na tym, że nawet kiedy pozuje, potrafi nagle zrobić coś tak szybkiego i efektownego, że człowiek budzi się na macie i słyszy, jak tłum jednak krzyczy. Psycho będzie chciał zrobić z Krwawej Majówki swój prywatny teledysk. Ja muszę dopilnować, żeby skończył jako statysta w moim filmie.

- Vaclav.

- Vaclav to obrzydliwa bestia. Ciągle czuję jego mocz, gdy po każdej gali szczał, gdzie popadnie. Robił to specjalnie, bo był po prostu obleśny. Przy tym umie walczyć. No, ale też na swój sposób jest flakiem. Pamiętamy galę w RPA, gdzie miał wreszcie nastąpić jego moment. Miał już zostać EWF World Champem. Dwie walki z Crazy’m i jedno wielkie nic. Jego sojusz z Felipe Castro nie wypalił, a na koniec spadł z klifu czy innej góry. Nikt już nie pamięta, co się z nim później działo, ale jest symbolem tamtego krachu. Walczyć może jednak dalej potrafi, a to oznacza, że jest niebezpieczny. Vaclav przy linach jest niebezpieczny, w narożniku jest niebezpieczny, poza ringiem jest niebezpieczny, przy barierkach jest niebezpieczny, z butelką jest niebezpieczny, bez butelki też jest niebezpieczny, bo zawsze może mieć drugą. W Battle Royal trzeba go zmęczyć cudzymi rękami. Niech Psycho go zirytuje. Niech Sergiusz spróbuje go ośmieszyć. Niech Franko zderzy się z nim jak ciężarówka ze ścianą. A ja? Ja jestem człowiekiem rozsądnym. Poczekam na moment, w którym Vaclav zapomni, że liny istnieją nie tylko po to, żeby kogoś o nie dusić.

- Hania.

- Hania jest najbardziej niepokojąca, bo jeszcze nie ma za sobą takiego ciężaru historii jak my. My wracamy z bagażem. Ona wchodzi z dziedzictwem. A dziedzictwo Szakala to nie jest ładny album rodzinny.

- Jest młoda.

- I właśnie dlatego będzie groźna. Młodość nie pamięta bólu tak dobrze jak starość. Młodość wierzy, że wszystko da się przeżyć. My już wiemy, że nie wszystko. Hania z tym swoim spokojem, może być kimś, kogo wszyscy zlekceważą przez sekundę. A w Battle Royal sekunda wystarczy, żeby legenda wypadła z ringu jak worek kartofli. Niech sobie będzie wnuczką Szakala. Do niedawna w EWF kobiety nie walczyły, więc to nowość. No, ale ja jej nie będę traktował jak dziecka. W ringu nie ma dzieci. Są tylko ludzie, którzy mogą zabrać ci pas, miejsce w main evencie albo przyszłość.

- Sergiusz.

- Nie znam go. Tylko o nim słyszałem. Człowiek, który wygląda jak sukces wynajęty na godziny. Markowy dres, białe zęby, sportowy samochód, który pewnie trzeba oddać do poniedziałku przed dwunastą. Nie mogę to jednak lekceważyć, może jest fałszywym bogaczem, ale prawdziwym wrestlerem. To będzie ciekawa przygoda!

- Yoshihito Nabeshima.

- Nabeshima to nazwisko, które brzmi jak wspomnienie z czasów, gdy EWF było jeszcze bardziej niezrozumiałe. Szanuję go na swój sposób. Nie dlatego, że jest egzotyczny, bo ja sam przez pół życia byłem egzotyczny dla ludzi, którzy nie odróżniają Korei od kebaba. Szanuję go, bo przetrwał tamten świat. A kto przetrwał stare EWF, ten ma w środku coś twardszego niż dziwny regulamin tej federacji. Problem w tym, że to człowiek przegrany i złamany. Kiedyś był wielkim talentem, ale coś mu nie wyszło. Zabrakło mu czegoś, a później przyszło zniechęcenie. Kto wie,  może jest trochę taki jak ja. Przebieraniec, człowiek o wielu twarzach, wiecznie udający.

- Nas Jazzowski. Podobno.

- No właśnie. Podobno. Nas Jazzowski zawsze jest „podobno”. Podobno wraca, podobno coś planuje, podobno nie umarł duchowo, podobno jest mesjaszem, podobno ma rację. Podobno zbudował wielki holding biznesowy i jest miliarderem. Podobno jego szalona żona WAMP jest wielką aktorką. Chociaż w tej chwili, to ja już chyba jestem większym aktorem od tej wariatki. Podobno, podobno, podobno. Z nim nigdy nie ma zwykłej informacji. Z nim zawsze jest zapowiedź. Każdy, kto zna historię EWF, ma z nim problem. Franko szczególnie. Ja patrzę na Nasa jak na człowieka, który nie wchodzi do federacji, tylko ją infekuje jak zaraza.

Cassandra popatrzyła na plakat Krwawej Majówki.

- Prezydentem EWF, przynajmniej na tej gali, będzie Berenika Martinez, adoptowana córka Esmeraldy Martinez.

- Nie chcę rozmawiać o Berenice. To była urocza dziewczyna, ale wredna kłamczucha. Nie lubię takich. Ona i jej wizja na powrót federacji mnie nie interesują. Interesuje mnie tylko zwycięstwo. Jeśli wygram Battle Royal, wejdę do main eventu i zdobędę EWF World Championship. Historia należy do tego, kto stoi na końcu z pasem. Reszta pisze komentarze w internecie.

Na chwilę zapadła cisza. Potem z telefonu Bidama, zupełnie przypadkiem, rozległy się pierwsze dźwięki „London Calling”. Bidam nie umiał ich wyłączyć. Cassandra spojrzała na ekran.

- To alarm?

- Alternatywny system motywacyjny - powiedział Bidam.

- Nie umiesz wyciszyć telefonu?

- Gdybym umiał, nie miałbym zespołu na tarasie.

I tym zdaniem wywiad właściwie sam się zakończył. Na sam koniec jeszcze otworzyły się drzwi i weszła cygańska kapela, która zaczęła wszystkim przygrywać. Bidam tańczył z Cassandrą trzymając różę od cygańskiego handlarza w zębach.

 

 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Koniec

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

 

Wystąpili:

Bidam Franciszek Nowak – były wrestler, emigrant z Azji, pocieszny gość i bohater wątpliwych jakości polskich telenowel, gdzie występuje jako typowa postać charakterystyczna (z uwagi na azjatycki wyraz twarzy). Pojawia się też w polskich komediach romantycznych jako aktor drugoplanowy, bo z takim pyskiem głównej roli nigdy nie dostanie. Gra też role trzecioplanowe w różnych krajach. W czasie ostatniej przygody z polskim wrestlingiem został HVW World Champem. Od jakiegoś czasu cygański król i władca żebraków.

Amalia Krzesińska – polska piosenkarka, obecnie jedna z największych gwiazd polskiej piosenki, obiekt westchnień milionów Polaków i Polek. W 2017 roku reprezentowała Polskę na Eurowizji i zajęła czwarte miejsce (najlepszy wynik od czasów Edyty Górniak!). Od 2020 każda jej piosenka okupuje czołowe miejsca list przebojów w Polsce. W nieformalnym związku z Bidamem od 2017 roku.

Kornelia Kowalska – agentka zarówno Bidama jak i Amalii. Zrobi wszystko by chronić ich interesy, bo to maszynki do zarabiania pieniędzy. Głównie Amalia. Bidama to w zasadzie nie lubi i uważa, że Amalia powinna rzucić go na rzecz jakiegoś bardziej znanego aktora lub piosenkarza.

Cyganie – Cyganie, czyli nowi koledzy Bidama.

 

 

  • Lubię to 1
  • Odpowiedzi 0
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

  • Bidamczyk

    1

Popularne dni

Top użytkownicy w tym temacie

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Recent Posts

    • MattDevitto
      Dzień 6 BOSJ to jakieś totalne nieporozumienie i stracony czas. Jak nie mają później czasu na walki turniejowe to mogliby sobie darować choć 1 tag match na początek, nikomu to nie jest potrzebne. A później są takie kwiatki, że walki turniejowe nie wychodzą poza parę minut...Liczyłem, że w tym roku będzie lepiej, tragedii nie ma, ale obiecywałem sobie po składach nieco więcej, choć nie widziałem wszystkiego od dechy do dechy.
    • MattDevitto
    • Bidamczyk
      ^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^ I. Złote Tarasy, plastikowe róże i koniec zmiany ^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^ Warszawa wieczorem była miastem, które udawało, że ma duszę. Za dnia miała garnitur. Szklane biurowce, tramwaje, kebaby, korporacyjne twarze, psy w swetrach, ludzie z kawą za czterdzieści dwa złote i miną kogoś, kto wie, gdzie idzie. Ale wieczorem, kiedy niebo robiło się fioletowe od świateł reklam, kiedy w przejściach podziemnych zaczynał grać ktoś na rozstrojonej gitarze, a spod Dwor
    • CzaQ
      No, a jak - przystojniejszy z naszej dwójki  
    • Bidamczyk
      Konkretny towar.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...