Skocz do zawartości
  • Witaj na forum Attitude

    Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Dostep do bota wrestlingowego AI
    Rozbudowane zabawy quizowe
    Typowanie wyników nadchodzących wydarzeń
    Pełny dostęp do ukrytych działów i treści
    Możliwość pisania i odpowiadania w tematach oraz chacie
    System prywatnych wiadomości
    Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    Członkostwo w najstarszej polskiej społeczności wrestlingowej (est. 2001)


    Jeżeli masz trudności z zalogowaniem się na swoje konto, to prosimy o kontakt pod adresem mailowym: forum@wrestling.pl

     

Czarna Maska Raz Jeszcze

EWF PPV Krwawa Majówka, 31.05.2025, Poznań

Rekomendowane odpowiedzi


  • Posty:  527
  • Reputacja:   23
  • Dołączył:  17.08.2010
  • Status:  Offline
  • Urządzenie:  Windows
  • Styl:  Ciemny

Nazwijmy to początkiem.

 

Joanna westchnęła ciężko, przetrawiając zakończoną chwilę temu rozmowę. Więc jednak. Jednak. Człowiek niby wiedział, ale jednak się łudził. Stało się. Głupotą było zakładać, że to się nie wydarzy. Czy jej się to podoba, czy nie, jednak się wydarzyło.

 

Trzeba zawiadomić Franka.

 

Wychodząc z domu, natknęła się na psy. Zabij i Zagryź – wilczarze irlandzkie – podbiegły do niej, żeby się połasić. Dotyk ich zimnych nosów był dziwnie kojący. Dobre z nich pieski. Nawet bardzo dobre. Robią za członków rodziny i w sumie za jej obrońców. I są w tym naprawdę niezłe. Zostawiała z nimi swojego synka mając przy tym pewność, że jest całkowicie bezpieczny. Kiedy pod wpływem dziecięcej, ułańskiej fantazji, zdarzyło mu się chwycić za rurę od odkurzacza i naparzać nim biedne czworonogi, one znosiły to z podziwu godnym spokojem. Nie było mowy o skrzywdzeniu jej dziecka. Co to, to nie! Za to obcego - obcego potrafiły pogonić, aż miło. Pogonić go tak, że ostał się tylko smród. Dosłownie tak, zdarzyła się sytuacja, że jednemu nieproszonemu gościowi chyba rzeczywiście zwieracze puściły. Dobre pieski. Mądre. Posłuszne i oddane.

 

Ale to Franko jest tym, którego kochają bezwarunkowo, ślepo i bez reszty. To on robi tutaj za przywódcę stada.

 

Człowiek znany w niektórych kręgach jako Butcher siedział w garażu, dłubiąc w kosiarce. Taka żyłkowa - stary, ale ciągle funkcjonalny model. Rzeźnik nie miał ochoty kupować nowej: chyba można to nazwać sentymentem. A może jednak uporem? Aśka spojrzała na zwalistą sylwetkę swojego męża. To był kojący widok – kojarzył się jej z bezpieczeństwem i stałością.

 

Kojarzył się z domem.

 

Kolejne ciężkie westchnienie zwróciło uwagę naszego bohatera. Zaprzestał dłubaniny i uważnie przyjrzał się swojej połowicy:

 

- Co jest, Aśka? Ostatni raz miałaś taki wyraz twarzy kiedy Mariola zaszła w ciążę.

 

Tak, obawiam się, że to prawda: jeśli wszystko pójdzie tak jak należy, to nasz bohater już niedługo zostanie dziadkiem.

 

Wrócimy jeszcze do tego tematu.

 

Na razie jednak wracamy do Joanny: widać, że jest jej ciężko. Słowa niełatwo wydostają się z ust:

 

- Zostawiłeś komórkę w domu. Dzwonił Bidam.

 

Franko spokojnie – jak to on – spojrzał na swoją kobietę. Jego wzrok był zimny – jak to u niego – ale jednocześnie wyrażał całą cierpliwość tego świata. Joanna poruszyła się niespokojnie i wreszcie powiedziała to:

 

- Zadzwoniła do niego ta, jak jej tam… Berenika. Powiedziała, że EWF wraca. On to sprawdził, i rzecz jest w zasadzie pewna. To przesądzone: Extreme Wrestling Federation powróci po raz kolejny. No i rozglądają się za takimi, którzy będą dla nich walczyć. Oferują dobre pieniądze. W twoim przypadku to będą dobre pieniądze razy dwa, jeśli tylko zapomnisz o swoich... zastrzeżeniach... względem Bereniki. Taka jest jej oferta.

 

Uśmiech Butchera nie był ładny, ale wyglądał na szczery. Zawierał w sobie trudną do zrozumienia satysfakcję:

 

- Berenika, co? W sumie to miała trochę czasu na to, żeby mnie poznać. Wie, że Rzeźnika nie da się złamać, czy zniechęcić, ale można go kupić jeżeli stawka jest wystarczająco wysoka. Mądra dziewczyna. Najwyraźniej jednak się czegoś ode mnie i Bidama nauczyła. Myślę, że przyjmę jej ofertę.

 

- Tego się obawiałam – Aśka westchnęła po raz kolejny. Wspomnienia dawnych lat wróciły do niej ze zdwojoną siłą. Niepokój, nieprzespane noce. Niepewność, czy Franek wróci z gali w jednym kawałku. Czy w ogóle wróci. I nie, to nie była przesada: kiedy EWF funkcjonowało na całego, Joanna czuła się jak żona żołnierza służącego na zagranicznej misji.

 

Przez chwilę panowała niezręczna cisza.

 

- No dobra, kolacja sama się nie zrobi.

 

Połowica naszego bohatera poszła sobie. Psy podążyły za nią, wyczuwając jej nastrój. Chciały pomóc, tak instynktownie, ale tym razem było to dosyć beznadziejne. Ich pani sama musiała sobie jakoś poradzić. Przepracować, to. Ponownie zaakceptować pewne sprawy.

 

W tym czasie Rzeźnik spoglądał na kosiarkę. To było intensywne i badawcze spojrzenie, które po chwili trochę się uspokoiło; zamieniło w lekkie rozbawienie:

 

- Nie no, aż tak to nie.

 

Franko odłożył narzędzie w kąt. Wytarł ręce w jakąś szmatkę. Spojrzał znowu:

 

- Nie?

 

 

 

Co tam, panie, u Butchera?

 

HVW pojawiło się i zniknęło, ale tak ogólnie całe to zamieszanie wyszło Rzeźnikowi na dobre: zastrzyk finansowy zasilił jego konto, no i ludzie sobie o naszym bohaterze przypomnieli. Sprzedaż merchu znowu wskoczyła na zadowalający poziom, pojawili się nowi sponsorzy. Zresztą starzy też płacili jakby chętniej. Kasa, która od lat tak właściwie nie była już dla naszego bohatera problemem, teraz nie była nim jeszcze bardziej.

 

Pod tym względem wszystko układało się, jak należy.

 

Tu jakaś reklama, tam wizyta w telewizji śniadaniowej. Sporadyczne treningi we wrestlingowym dojo, w którym robił za gościnnego instruktora. Siódma część „Tasaka”. Jakieś wywiady. Żyło się, nie było powodów do narzekań.

 

Czasami wpadał Bidam, co najczęściej – wcześniej czy później - było pretekstem do przyjacielskiego sparringu. Później obaj ten sparring odchorowywali, bo jakoś nie potrafili dać sobie na wstrzymanie: jak już walczyli, to na całego. Taka mentalność. Byli w końcu parą weteranów - starych znajomych, którzy już odbierali sobie pasy. Wizyta kończyła się najczęściej jakimś ochlejem, bo jak nie wypić z okazji spotkania? Czasem jakieś ognisko, kiedy indziej grill. Później wspólne treningi, bo trzeba to cholerstwo z siebie wypocić. Wspomnienia z dawnych czasów. Wujek Bidam był nieodłączną częścią rodzinnego krajobrazu naszego bohatera.

 

Oczywiste, że Bidamowicz był również gościem na weselu córki Rzeźnika.

 

To w ogóle dosyć zabawna sytuacja była: te wszystkie przeprowadzane półgłosem, kobiece pogaduchy na linii matka – córka. Podchody. Konspiracja. Czekanie na właściwy moment. Co im tam, na mózgi padło? Było zupełnie tak, jakby w ogóle go nie znały. Ostatecznie wszystko okazało się przerażająco wręcz proste: więc mówisz, że jesteś w ciąży? Kim jest ten pedofil? Rzeczywiście, masz już dwadzieścia lat. To kim jest ten ryzykant? Spokojnie, Aśka, już przestaję żartować. To kim jest ten obiecujący młody człowiek? Aha. Mogło być gorzej. Urodzisz? Dobrze. Ten, jak mu tam… pomoże Ci? Dobrze. Wesele planujecie, czy na razie będziecie ze sobą na próbę? Aha, znaczy honorowy jest. I mówi, że kocha? Dobrze. Ty jego też? Bardzo dobrze.

 

Na początek w zupełności wystarczy.

 

Wesele było ekspresowe i dosyć kameralne – i to pomimo faktu, że pan młody ma pięciu braci i siostrę, a większość z tych braci i siostra ma już swoje rodziny. Plus wujowie i ciotki z obu stron, więc uzbierało się trochę towarzystwa. Koszty pokrył Franko, ale że młodzi nie chcieli nie wiadomo jakiego przepychu, to i wydatek nie był straszny. Chociaż, gdyby chcieli przepychu, to by go kurde dostali. W dowolnej ilości. Ale nie chcieli. Więc wódkę zrobił sam, spędzając sporo czasu przy stojącym w piwnicy Bulbulatorze (generalnie, pędzenie różnych trunków bawi i cieszy Rzeźnika). No i wszystko elegancko się poukładało. Była Helenka, wraz z mężem i dzieciakami. Był Heniek, który zostawił na parę dni swoją firmę i przyleciał z Irlandii. Pojawił się nawet Velvet – jak zawsze w ostatniej chwili - w towarzystwie jakiejś ni cholery nie rozumiejącej po Polsku, egzotycznej ślicznotki. No i musiał pojawić się Bidam, z którym popili sobie tam tęgo, wspominając czasy dawnej chwały i śpiewając do białego rana.

 

Pozostało z tego może trochę niewyraźne, ale jednak dobre wspomnienie.

 

(Plus nagranie całej imprezy, którego nieocenzurowaną wersję nasz bohater ukrył w sobie tylko znanym miejscu.)

 

Niedługo później Butcher dowiedział się o reaktywacji EWF i skończyła się sielanka: Rzeźnik bez najmniejszego wahania (co nie oznacza, że bez targów) podpisał nowy kontrakt i rozpoczął przygotowania do kolejnego runu federacji. Dosyć szybko znalazł się w stanie, który bliscy zaczęli nazywać „manią” lub „obsesją”. Jego myśli wypełnili potencjalni rywale i zagadnienia związane z treningami, dzień i noc koncentrował się na celu, który mógł być i był tylko jeden:

 

Zdobycie EWF World Championship.

 

 

 

Gollum.

 

O Vaclavie Franko myślał najczęściej wtedy, kiedy biegał. Robił to w towarzystwie psów. Trasa z gatunku „w okolicznościach natury”, dosyć długa, z obowiązkowym przystankiem na szczycie wzgórza. Nasz bohater wbiegał na to wzgórze, przystawał tam. Stygnął trochę i napawał się widokiem. Czasami rzucał psom patyk, czasami po prostu stał. Jednego dnia w głowie grała mu jakaś muzyka, innego nie myślał o niczym. Bywało, że myślał o swoich przeciwnikach.

 

Najczęściej o Vaclavie.

 

Niebrzydki widok, spokój i cisza. Chillout, przynajmniej na chwilę. Pogoda najczęściej słoneczna (mogłoby wreszcie trochę popadać). I właśnie w takich momentach przyplątywał się Vacek i wspomnienia toczonych z nim bojów. Jakoś tak wyszło. Śmieszna sprawa.

 

Fakty są takie, że sporo już ze sobą walczyli. Były starcia drużynowe i inne wieloosobówki, no i te starcia miały różne wyniki: raz na wozie, raz pod wozem. Chuj z tym, bo to w gruncie rzeczy mało ważne. Najważniejsze były starcia solowe, a tutaj – nie ma co ukrywać – w obu pojedynkach to Vaclav był zwycięzcą.

 

Czy ta świadomość jakoś Rzeźnikowi doskwierała? Nie. Bo niby dlaczego? To były dobre, całkiem uczciwe walki. W obu przypadkach mogło się to zakończyć inaczej, ale się nie zakończyło. W obu przypadkach napierdalali się, aż miło, i to Vacek udowadniał swoją wyższość. Luz. Franko nigdy nie był typem gościa, który zaklinałby rzeczywistość. Został pokonany, dobrze dla rywala. Tym razem się nie udało.

 

Pozostawała kwestia rewanżu.

 

Tak po prawdzie to Butcher nigdy nie miał problemu z dawaniem rewanżu tym, których wcześniej pokonał. I zawsze oczekiwał tego samego od tych, którzy pokonali jego. Mamy więc nowe EWF, i mamy Vaclava, który jakoś tam wypełzł z tego wulkanu: mamy wszystko co trzeba, żeby ta historia potoczyła się dalej. No i spotkają się w Battle Royal, a może i w jakimś pojedynku. Podejmą dawną rywalizację. I kto wie… kto wie?

 

Może tym razem rzeczywiście przeniosą ją na zupełnie nowy poziom?

 

Bo tak po prawdzie to Franko nigdy nic nie miał do Vaclava. Te wszystkie jego „wyczyny” i skurwysyństwo na pokaz może i jakoś interesowały naszego bohatera, ale nie budziły uczuć nawet zbliżonych do tego, co kiedyś budził w nim Jazzowski. Toż przecież nawet Bane był bardziej irytujący. Ale Vacek? Z tą swoją obleśną stylówą? Nic z tych rzeczy.

 

Z nim to zawsze były po prostu interesy.

 

Nigdy nic osobistego. Naparzali się tam na całego i bez szczególnych oporów, ale nie było w tym jakiejś ogromnej wrogości. Po prostu stawali sobie na drodze, i to w zasadzie tyle. Nic szczególnego. Żadnych dram. Czysta rywalizacja. Czy zadawali sobie ból? Ten biznes polega na bólu. Czy przelewali swoją krew? Oczywiście, inaczej się nie dało. Czy próbowali się złamać? Tak, ale chyba tak naprawdę żadnemu się to jeszcze nie udało.

 

Sporo wskazuje na to, że tym razem może być inaczej.

 

Vacek powrócił i, jeszcze śmierdzący spalenizną, ogłosił swój manifest. Tym razem idzie na całość, będzie łamał i okaleczał. Każdy, który wejdzie z Wrogiem Ludu w obręb kwadratowego pierścienia, zostanie wysłany do szpitala. Każdy, kto stanie na jego drodze do EWF World Championship będzie skowyczał z bólu.

 

Odnotowałem i zrozumiałem.

 

Żaden problem.

 

Vacuś, jeżeli naprawdę chcesz tego typu eskalacji, to musisz zrozumieć, że używasz obosiecznej broni. Żaden z twoich śmiesznych chwytów, których się nauczyłeś przez ostatnie lata, nie ma dla mnie tajemnic. Znam je. Mogę je zablokować, albo skontrować. Mogę odpowiedzieć tym samym. Idąc dalej: nie sądzę, żebyś przewyższał mnie technicznie, bo kiedy ty bawiłeś się w napierdalanie jarzeniówkami i „wysokie loty”, ja już miałem solidny, zapaśniczy background. Jestem cięższy i silniejszy, dysponuję bardzo przyzwoitą techniką. Pokonywałem wschodzące gwiazdy MMA w HVW, kiedy ty wydawałeś sobie komiksy. Mam w dupie to, że powiększyłeś swój arsenał. Ja powiększam go od lat – z myślą o Bidamie. ON jest skurwielem, którego mógłbym się obawiać w ringu. Ty jesteś tylko statystycznym błędem, który się do mnie przyplątał.

 

I te komiksy… ja pierdolę. Niby nie moja sprawa, ale… naprawdę wydajesz kasę na wydawanie tego „niezależnego” gówna? Czarno biały syf nabazgrany przez kolesiów, którym się wydaje, że ściana pseudofilozoficznego tekstu przesłoni ich braki warsztatowe? Których nikt inny nie chciał wydać – i nie bez powodu? Ich historie są równie toporne i dziurawe, jak twój obecny image. Mecenas Extremy? Chyba Mecenas Szajsu.

 

Nie kryje się w tym nic więcej.

 

Ta twoja poza promotora piwa albo „sztuki” komiksowej jest wewnętrznie niespójna. Nie klei się, rozumiesz? Albo jestem skurwielem i promuję „siki Vaclava” jako trunek dla die-hard fanów, albo bawię się w dobrodusznego celebrytę wspierającego lokalne browary. Zdecyduj się, bo wysyłasz sprzeczne sygnały.

 

Kiedyś robiłeś na mnie jakieś wrażenie, ale już mi przeszło.

 

A teraz cie zajebię – w ringu, albo poza nim, bez różnicy. Zupełnie jak Jazzowskiego. On też nie rozumiał, że Butcher nie pierdoli się z tymi, którzy próbują zaleźć mu za skórę. Bo widzisz, ja, w przeciwieństwie do ciebie, wysyłałem już ludzi do szpitala na dłużej. Chcesz mnie połamać chwytami z rodem z MMA? Mam realne podstawy twierdzić, że to JA połamię CIEBIE. Zresztą, na chuj mi dźwignie? Wystarczy przypierdolić ci wystarczająco mocno: jeden cios, który wejdzie jak należy, i zafunduję ci wstrząs mózgu. Dla pewności niech będzie to kilka, albo i kilkanaście ciosów. W takich kwestiach nie jestem oszczędny. Twój dentysta na pewno ucieszy się z okazji do zarobku. Może nawet chirurg szczękowy znajdzie coś dla siebie?

 

Rzeźnik zaprasza do tańca.

 

 

 

El Toro Blanco.

 

- Nie, Franek, nie będę Twoją menadżerką! - Helenka aż wstrząsnęła się na samą myśl o tym pomyśle. Jej kibić zafalowała w dokładnie ten sam sposób, który swego czasu przysporzył jej oddanych fanów i zapewnił sesję zdjęciową w „Playboyu”.

 

- Szkoda - skwitował jej wypowiedź nasz bohater.

 

Starzy znajomi spotkali się w przelocie – on właśnie wracał z kolejnego treningu, ona wpadła na chwilę, żeby pogadać z połowicą Rzeźnika. Obie Panie rozumieją się doskonale. Lubią się, są przyjaciółkami.

 

- Jestem już na to za stara, mam męża, dzieci i obowiązki; mam też karierę, której nie będę dla Ciebie zaniedbywać. Głupku.

 

Rzeczywiście, Helenka ma teraz swoje życie. Bliźniaki bywają uciążliwe, ale w gruncie rzeczy to para fajnych dzieciaków. Jej mąż wielbi ziemię, po której Hela stąpa (na co ona sama wielkodusznie zezwala), a i jej kariera aktorska ruszyła do przodu od czasu roli w popularnej telenoweli (dawna menadżerka Butchera otrzymała ją dzięki znajomościom Bidama).

 

- Obowiązki i pracę rozumiem, ale nie pierdziel już tyle o swoim wieku. Jest jeszcze z Ciebie bardzo apetyczny milfik.

 

- Stul ryj, szowinisto.

 

- Powiedziała ta, która w serialu gra bardzo apetycznego milfika.

 

Helenka fuknęła groźnie na rozmówcę, ale tak po prawdzie to jakoś tak miło się jej zrobiło. Głównie dlatego że nie pamiętała, żeby Rzeźnik kiedykolwiek ją okłamał. Więc skoro tak mówi, znaczy, że tak myśli. Zresztą, nie po to katowała się ćwiczeniami i dietami, żeby teraz nie przyznać rozmówcy racji.

 

- Co tam mruczysz?

 

- Och, zamknij się już. Nie będziesz taki pyskaty, kiedy Psycho dobierze Ci się do dupy.

 

- Biały Byk?

 

- Chyba Biały Diabeł. Starzejesz się, Franko. Pamięć już nie ta...

 

- Nie jest aż tak źle. Jak mówię: byk, to dokładnie to mam na myśli. Zawsze mi przypominał takiego nabuzowanego testosteronem byczka, co to się musi wyhasać. Te wiecznie przekrwione oczy, no i dym buchający z nozdrzy – kreskówkowy Fernando, jak znalazł. Widzisz to?

 

Helenka chyba zobaczyła, bo nawet się zaśmiała. Po czym dość szybko spoważniała:

 

- Ale wiesz, że nie możesz sobie pozwolić na niedocenienie tego skurwiela?

 

- Ależ ja go doceniam, Hela. Doceniam i to bardzo. Tak bardzo, że jak z nim skończę, to jego strój nabierze koloru naszych barw narodowych. Cały ring będzie wtedy śmierdział i ociekał Psychozillą.

 

- Typ ma swoje dokonania. I chyba nadal „to” w sobie ma. A Tobie już tych blizn wystarczy.

 

Rzeźnik przelotnie spojrzał na swoje poharatane przedramię.

 

- E tam, najwyżej blizny będą miały blizny. A Białym Bykiem nie przejmuję się bardziej, niż pozostałymi. Zajadły z niego zwierz, nie przeczę. Ciągle robi jakieś tam wrażenie, mimo upływu lat. Kiedyś przejawiał instynkty stadne, ale teraz, na starość, jak to w świecie zwierząt, będzie pewnie agresywnym samotnikiem. Idealna zdobycz dla wytrawnego łowcy.

 

- Czytała Krystyna Czubówna - mruknęła Helenka. - Nie zapomnij dubeltówki.

 

- Wystarczy broń naturalna. A nawet jeśli nie, to załatwimy to w bardziej… tradycyjnym dla EWF stylu.

 

- Czyli jak banda meneli pod śmietnikiem? Nawalając się wszystkim, co wpadnie pod rękę?

 

- Otóż to.

 

- Wy tam wszyscy jacyś popierdzieleni jesteście. Banda masochistów. No ale nic, Ty jesteś moim menelem, więc masz wygrywać, zrozumiano?

 

- Jasno i przejrzyście.

 

- Trzymam Cię za słowo. Jeśli się z niego nie wywiążesz, to sama nakopię Ci do…

 

- Idź już, Hela.

 

Franko spoglądał na oddalającą się przyjaciółkę, myśląc o Białym. Nigdy za gościem nie przepadał, chociaż oczywiście doceniał jego dokonania. Ale ogólnie cały ten image wiecznie upalonego, bełkoczącego coś niezrozumiale, szastającego kasą buca, który żeby mieć dobry dzień musi pognębić tych, którym nie powiodło się w życiu tak jak jemu, cały ten styl nie przemawiał do Butchera. Całe to wożenie się, tandetny blichtr za kupę zielonych, całe to desperackie pokazywanie swojej zajebistości które tak głośno krzyczało: mój mały jest wielkości fasolki – z całym tym syfem było naszemu bohaterowi nie po drodze. Zresztą, jakim cudem ten koleś jeszcze jakoś funkcjonuje? Przy tym trybie życia? Co on jest, kurwa? Keith Richards polskiego wrestlingu? Przecież widziałem go pod koniec jego runu w EWF. Upasiony, powolny, wypalony, słaby. Bane nie tylko go pokonał: on jeszcze wyruchał jego zwłoki. Pewnie Psycho jakoś tam wziął się za siebie, chociaż wygląda na to, że trybu życia nie zmienił. Może go podmienili na zdrowszy model? Nosi maskę, więc po tylu latach to nie byłoby aż takie trudne. W sumie nieważne. Jak zwykle, wszystko zweryfikuje ring. Biały Byk zostanie powalony na ziemię i oznaczony; wytrzebi się go, jeśli będzie trzeba. Będzie brzydko, brutalnie i boleśnie.

 

Rzeźnik miał zamiar złapać byka za rogi.

 

 

 

Róża, ale taka bez kolców.

 

 

Powrót po latach.

But Rzeźnika wciąż twardy.

Ból, smak krwi, ciemność.

 

 

Franko przypomniał sobie o Księciu w okolicznościach zawstydzająco prozaicznych. Przechadzał się właśnie po ogrodzie i sprzątał po psach (czasami trzeba, jeśli chce się uniknąć paskudnych niespodzianek w trakcie koszenia trawy), no i w trakcie tej właśnie czynności wyobraził sobie Yoshihito Nabeshimę, spadkobiercę dumnego samurajskiego rodu, który robi dokładnie to samo. Skojarzenie było przyciężkawe i oczywiście bez sensu, bo tacy jak Książę mają ludzi którzy zajmują się dla nich tego typu rzeczami – i robią to ukradkiem, żeby przypadkiem nie urazić poczucia estetyki swojego szefa - no ale obrazek pozostał i jakoś się nie chciał odzobaczyć. Nasz bohater zatrzymał się na chwilę i uśmiechnął krzywo.

 

Ta niewyszukana wizja nawet go rozbawiła.

 

Ten japoniec zawsze był w EWF dziwnie nie na miejscu. Snuł się po korytarzach jak, nie przymierzając, smród po gaciach, i nigdy nie było do końca wiadomo, o co tak właściwie mu chodzi. Z pojawień się i zniknięć Księcia w EWF Butcher kojarzył głównie wydumane proma i wszechobecną w przypadku tego gościa egzaltację, kojarzył też konflikt z SR-Crazym, który najpierw wytarł sobie Nabeshimą buty, a później chyba zrobiło mu się go żal, bo przygarnął tą wiecznie zagubioną sierotkę i zdobył dla niego Tag Team Championship na otarcie łez. Fakt, Crazy miewał tendencje do aktów wielkoduszności… chociaż w tym akurat przypadku to chyba nie do końca to, bo na zapleczu mówiło się, że jego stosunek do żony Yoshihito nie był taki znowu do końca platoniczny.

 

Co tam jeszcze? Wcześniej pojawił się Scotty Whiped, który był chyba jakimś alter-ego Księcia i kolejnym dowodem na to, że pobyt w EWF to nie jest zajęcie dla ludzi o delikatnej psychice. Zresztą, Yoshi nie tylko głowę miał słabą. Kości też.

 

Jak długo można pauzować po zwykłym upadku ze schodów?

 

To pewnie ten chów wsobny, jak to u arystokracji. Po tylu pokoleniach takie rodziny karleją, a nie wzrastają. Sami zainteresowani patrzą na to inaczej – oczywiście – i najczęściej uważają się za lepszych, niż są w rzeczywistości. Tak to już im we łbach poukładano.

 

Ale to nie działa w ten sposób. A już na pewno nie w EWF. Tutaj musisz pokazać, że jesteś coś wart.

 

Czy Yoshihito Nabeshima to udowodnił? Chyba jednak nie. Jeżeli miał pokazać tym wszystkim plebejskim gajinom wokół różnicę pomiędzy samurajem a przedstawicielami niższych kast, to niezbyt udała mu się ta sztuka. Nawet te zdobyte przez niego pasy to tylko pozór, skoro jeden z nich zdobył dla niego Scotty Whiped, a drugi SR-Crazy. Książę nie zdobył nic. Jeżeli chciał coś udowodnić swoim wielkim przodkom, to spierdolił to po całości. Koncertowo. Jeżeli chciał udowodnić coś samemu sobie… konkluzja jest taka sama.

 

„Błękitna krew” w żyłach nie czyni z ciebie wojownika. To, że pochodzisz ze starej, szlacheckiej rodziny, oznacza w gruncie rzeczy tylko jedno: że wydała cię na świat suka z rodowodem.

 

Butcher znowu się uśmiechnął: powyższy tekst należał chyba do Henia, który po pijaku potrafił rzucać o wiele gorszymi. Szkoda, że się tego nie notowało, bo niektóre z tych kawałków to było czyste złoto. Tego chyba jednak nie wykorzysta w żaden sposób, bo tak po prawdzie to Książę nigdy mu w niczym nie zawinił. Kręcił się po federacji, generował jakiś tam poziom sprzedaży merchu, nabijał statystyki zwycięstw silniejszym od siebie. Pożyteczne zwierzątko, chociaż trochę nieogarnięte. Chyba wydawało mu się, że coś znaczy.

 

Franko poszperał trochę w pamięci i wyszło mu, że spotkali się z Nabeshimą w ringu dokładnie trzy razy. To były dosyć podobne do siebie starcia: za każdym razem to drużyna Butchera wygrywała i za każdym razem to Książę był tym, który zżerał pin. Walczył ze swoistą elegancją, temu trudno zaprzeczyć. Jednak za każdym razem miało się wrażenie, że był nieobecny duchem, że przechodził obok walki, jeśli można to tak ująć. To on był słabym ogniwem.

 

To chyba tyle, jeśli chodzi o żelaznego samurajskiego ducha w Yoshihito Nabeshimie.

 

Skrojenie Księcia z pasa tag teamów było wisienką na torcie w jego niezbyt skomplikowanej relacji z naszym bohaterem.

 

Coś jeszcze? Nie za bardzo. Obecne działania Yoshiego okryte są mgłą tajemnicy. Poza jego archiwalnymi walkami i opisem wspaniałości rodu, z którego się wywodzi, nie uświadczymy jakiegokolwiek zapisu jego aktualnej działalności. Nie słychać o nim w niusach. Zniknął z życie publicznego. Nie uświadczysz go jakoś szczególnie w przygotowaniach do powrotu EWF, nie udziela wywiadów ani żadnych informacji na swój temat. Mógł nawet zmienić płeć i nie raczył poinformować o tym fanów. Człowiek – zagadka.

 

Dba o prywatność. Trzyma karty przy orderach, jak to się kiedyś mawiało. Rywale muszą się domyślać, co on tam aktualnie kombinuje. Trenuje? Kwiatki przycina? Osiąga absolutne mistrzostwo w sztuce origami? Nie wiadomo. Trzeba się domyślać.

 

Gdzie się podział kodeks bushido i stawanie z przeciwnikiem twarzą w twarz? W tej chwili to taki bardziej ninja z odzysku, który najprawdopodobniej ma w planach pojawić się w Battle Royal, błysnąć swoimi – z pewnością szaleńczo wręcz wycyzelowanymi – umiejętnościami, i zgarnąć główną nagrodę.

 

Jedyne co zgarnie, to rzetelny wpierdol.

 

 

 

Świeża krew i inne przysmaki.

 

Cassandra Tisserant robi wiele, żeby nie okazać po sobie zmęczenia: to jest jej drugi wywiad tego dnia i, tak samo jak poprzedni, jakoś nie chce się skończyć. W dodatku przeprowadza go z Butcherem, który zawsze był dosyć mrukliwym typem. Jasne, dało się go sprowokować do dłuższych wypowiedzi, ale wymagało to czasu i odrobiny wyczucia. Tak było i dzisiaj: jej rozmówca zdążył się już rozkręcić przy okazji Vaclava, Psycho i Księcia. Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące; reporterka mimowolnie wygładza jedną ze swoich słynnych, wydekoltowanych bluzek i zadaje kolejne pytanie:

 

- Powiesz mi coś na temat „świeżego narybku” w EWF? Jak na razie potwierdzono udział Sergiusza, którego chyba można nazwać „weteranem sceny niezależnej”, no i nie można przecież nie poruszyć kontrowersyjnego tematu wnuczki samego Szakala, która niedługo po osiągnięciu pełnoletności porywa się na pracę w ringu Extreme Wrestling Federation…

 

Zamaskowany rozparł się w głębokim, wyglądającym na wygodny fotelu. Jest ubrany na czarno: wygodne buty, dres, podkoszulka, no i wysłużona maska, która dla naszego bohatera jest jak druga skóra. Wydaje się zrelaksowany. Widać, że powrót do biznesu mu służy. Tylko przez chwilę zastanawia się nad odpowiedzią:

 

- Każdy się przyda.

 

Wzrok Cassandry jest wymowny. Widać, że reporterka zaczyna mieć po prostu dosyć. Na szczęście Franko ma jeszcze coś do powiedzenia:

 

- Oboje mają w cholerę potencjału i mam przeczucie, że lekceważenie ich to głupota czystej wody. W Sergiuszu widzę tą samą desperację, która pchnęła mnie w ramiona EWF. A Hania to przedłużenie Szakala i walcząc z nią będę walczył w pewnym sensie z nim samym.

 

Butcher przez chwilę milczy. Zastanawia się. Może też jest już trochę zmęczony tą rozmową?

 

- Siergiusz walczył wszędzie, gdzie tylko miał okazję. Nigdy w pierwszej lidze, czy jak tam nazwać wrestlingową ekstraklasę, ale to zwyczajnie nie jego wina. Po prostu nie miał okazji. Teraz ta okazja się nadarzyła i gość w końcu ma szansę, żeby pokazać z czego jest zrobiony. No i świetnie, właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Zobaczymy, czy naprawdę jest taki dobry, jak na to wskazują zapisy jego walk, które wygrzebałem z internetów. Mam nadzieję, że tak, bo nie trzeba nam jakichś niezdecydowanych amatorów: trzeba nam pasjonatów albo desperatów, i to najlepiej takich, którzy sobą coś reprezentują. Inaczej EWF nie przetrwa.

 

Ponownie, chwila milczenia.

 

- Wnuczka Szakala to coś naprawdę niezwykłego: przyjrzałem się jej i wierzę, że ta mała psychopatka jest w stanie dokonać rzeczy niezwykłych. Podejrzewam, że wyszkolenia jej nie brakuje, no i w razie czego zawsze pozostaje dziadunio, który w sytuacjach kryzysowych będzie prostował sprawy. Walki z nią to będą jebane handicapy. No i w porządku, takich atrakcji też potrzebujemy. Wyobraź sobie te chanty w rodzaju: „Hania, Hania! Napierdalaj!”, albo „Całuj, Hania, Całuj!” W tym jest potencjał, w tym jest moc. I pieniądze, rzecz jasna. Wnuczka Szakala może być przyszłością tego biznesu.

 

Zamaskowany zaciska pięści.

 

- Tyle, że to ja jestem jego teraźniejszością. Znaczy, wiem, że sporo już we mnie historii, ale wciąż jestem wystarczająco na bieżąco, żeby rozpierdolić w ringu jakichś nowicjuszy. A oni oboje tym właśnie są: nowicjuszami. Nieważne, ile walk stoczyłeś w Turcji i nieważne, ilu dobrych rad udzielił ci dziadzio Szakal. Kiedy przychodzi co do czego, to liczą się konkrety, no i nie bez znaczenia jest też doświadczenie. Trzeba mieć praktykę. I żaden sparringpartner, czy to próbujący się do ciebie dobrać na niewielkim show, czy to podesłany przez opiekuna, żaden tego typu wynalazek nie da ci prawdziwego wyobrażenia o tym, jak to naprawdę wygląda w EWF. Walcząc z Rzeźnikiem zderzą się ze ścianą. Ich ciosy nie będą miały sensu, bo prędzej zedrą sobie skórę z knykci aż do kości, niż jakoś szczególnie mi zaszkodzą. Prędzej sobie te kości połamią, zanim ja zacznę odczuwać cokolwiek. Nie wiem, czego musieliby dokonać i jak bardzo się sprężyć, żeby chociaż wyrzucić mnie z ringu. Jestem zbyt duży, zbyt wredny i zawsze mocno trzymałem się ziemi. I zadaję kurewsko mocne ciosy: tak mocne, że po walce ze mną będą wyglądali jak ofiary przemocy domowej. Jestem dla nich zadaniem, któremu po prostu nie podołają.

 

Cassandra uważnie przygląda się rozmówcy. Zastanawia się, z której strony ugryźć interesujący ją temat:

 

- Wracając na chwilę do Hani i związanych z nią kontrowersji: czy nie przeszkadza Ci fakt, że naprzeciw Ciebie w ringu stanie filigranowa osiemnastolatka? Innymi słowy, czy nie zadrży Ci ręka? Nie zawahasz się przed zadaniem ciosu?

 

Przez chwilę zimne spojrzenie Butchera nabiera trochę wyrazu. Dokładnie mówiąc: wyraża kompletne niezrozumienie.

 

- A co to ma do rzeczy? Jak pakuje się na ring, to pewnie wie, co robi. Zresztą, już ją tam dziadunio na pewno wyczerpująco poinstruował, co i jak. W całej mojej karierze zawahałem się tylko raz, w HVW, i kosztowało mnie to najważniejszy pas tej federacji. Ja już to sobie rzetelnie przepracowałem. Nie będzie wahania. Nie będzie litości. Nigdy więcej.

 

Franko – jak to on – brzmi spokojnie i pewnie. Wzrok – jak to u niego – jest zimny jak lód. Pomimo to, Cassandra ciągnie temat dalej:

 

- Nawet dla osiemnastolatki?

 

Ani wzrok, ani głos Rzeźnika nie wyrażają najmniejszego śladu emocji, kiedy odpowiada:

 

- Łeb jej urwę, jeśli to będzie konieczne.

 

 

 

Bidam.

 

- Co tam u Ciebie, panie Bidamowicz? Trenujesz, żeby mnie rozpierdolić?

 

(…)

 

- Nie no, wiadomo, że za siebie weźmiemy się na końcu. W Battle Royal działamy jak drużyna, na chuj utrudniać sobie życie? Rozniesiemy tą całą bandę i meldujemy się w walce wieczoru.

 

(…)

 

- Jasne, że plan jest dobry. Prosty i skuteczny, takie lubię najbardziej. Drużyna z nas ciągle niekiepska, więc musi się udać.

 

(…)

 

- Tak, chyba, że się nie uda. Zamiast siać defetyzm, wpadłbyś trochę potrenować.

 

(…)

 

- Jeszcze to pamiętasz? A kto mi łokciem łuk brwiowy rozwalił? Zresztą, „no pain, no game”. Wiesz, jak jest.

 

(…)

 

- No, i to jest właściwe podejście. Będziesz miał czas, to przyjeżdżaj.

 

(…)

 

- Nie, tym razem nie będziemy pili. Kolejny ochlej zostawi się na inną okazję.

 

(…)

 

- Oczywista, że będą kurczaki. Aśka jakiś nowy przepis w internetach znalazła.

 

(…)

 

- No, i to jest to, co nazywam duchem walki. W takim razie, do rychłego.

 

(…)

 

- Cześć.

 

Franko zakończył rozmowę telefoniczną z grymasem podejrzanie przypominającym uśmiech goszczącym na zazwyczaj kamiennym obliczu. Bidam to Bidam - nigdy nie wiadomo z czym wyskoczy – najczęściej jednak wprowadzał w życie Rzeźnika i jego rodziny coś, co z braku lepszego określenia można nazwać „pozytywnym chaosem”. Młody za nim szalał, Aśka go lubiła, a psy ufały Azjacie.

 

Butcher traktował go jak brata.

 

Jednocześnie uważał Bidama za swojego najgroźniejszego rywala w drodze do EWF World Championship. Znał jego możliwości, ale wiedział też, że Nowosibirski trzyma coś w zanadrzu na specjalną okazję. Na prawdziwy pojedynek, o stawkę. Nic w tym dziwnego, przecież Rzeźnik postępował dokładnie tak samo. Rozwijał się, próbował nowych rzeczy. Przygotowywał się, głównie z myślą o swoim kumplu. Ich pojedynki zawsze były ciężkie – czy to w EWF, czy w HVW – i Franko nie miał w tej materii złudzeń:

 

Żeby wygrać z Bidamowiczem, trzeba się kurewsko sprężyć.

 

Kiedy Rzeźnik przejął EWF FTW Championship, to o mało się wzajemnie nie zajechali. Na szczęście zdołał zaskoczyć rywala tymi absurdalnymi, „powietrznymi” akcjami, no ale coś takiego może się udać tylko raz.

 

Następnym razem nie zadziała.

 

No i szykuje się kolejny tęgi rozpierdol. Nasz bohater może się i trochę zestarzał, ale w tej kwestii jego podejście jest niezmienne: tak po prawdzie, to nie mógł się doczekać kolejnej konfrontacji. Bo Bidam towarzyszył mu przez praktycznie całą karierę. Często jako sojusznik, ale nieraz bywał również rywalem. I to jakim! Każdy ich pojedynek był czymś znaczącym. Pamiętnym.

 

A przynajmniej Franko właśnie tak to odbierał.

 

Bidam to takie Nemezis naszego bohatera: wcześniej czy później – ostatecznie - wszystko sprowadza się właśnie do niego. Teraz też tak będzie. Wcześniej czy później spotkają się w ringu jako oponenci, skrzyżują rękawice, ruszą na siebie jak wściekłe psy. Nie będzie taryfy ulgowej, nie będzie zmiłowania. Ponownie zrobią wszystko, żeby się nawzajem zapierdolić.

 

Taka karma.

 

I będzie, co ma być.

 

 

 

Inni.

 

Były jeszcze pogłoski. Plotki, szepty na zapleczu. Możliwości.

 

Że Jazzowski jest zainteresowany powrotem.

 

Że ten czarnoskóry gość z HVW również się zdecydował.

 

Że mieli pojawić się inni – młodzi i głodni zwycięstwa.

 

Nic konkretnego. Może ci kolesie pojawią się na „Krwawej Majówce’, a może jednak nie. Kto wie? Różnie bywa. Na razie się nie zadeklarowali. Byli tylko tym, co jednak najpewniej się nie wydarzy.

 

Możliwości. Nic konkretnego. Nic, nad czym trzeba by się dłużej zastanawiać.

 

Jeżeli w trakcie Krwawej Majówki pojawi się jakaś niespodzianka, Rzeźnik zgotuje jej brzydką niespodziankę.

 

 

To też można nazwać początkiem.

 

Franko i Joanna stali na podjeździe. Psy były zamknięte u siebie, ale i tak coś wyczuwały: słychać było skomlenie i poszczekiwania. Zawsze strasznie histeryzowały, kiedy Rzeźnik wyjeżdżał na dłużej. Lepiej, żeby nie obudziły Młodego… niech śpi.

 

Żona spojrzała na męża:

 

- Maski nie zapomniałeś?

 

- Nie zapomniałem.

 

- Plecak jest na tylnym siedzeniu. Termos i kanapki w plecaku. W apteczce wymieniłam przeciwbólowce, bo się przeterminowały. A, i gaziki do dezynfekcji masz świeże. Tamte były już całkiem suche.

 

- Dobrze. Nie pomyślałem o tym.

 

- Jak zwykle. Dalej: w schowku masz kastet. I gaz. Do bagażnika dałam ten większy, wiesz… tą „gaśnicę na niedźwiedzie”. Są też bejzbole: dla Ciebie i Bidama. Nie wiadomo, w jakie się tam gówno wpakujecie.

 

- Dzięki, mogą się przydać.

 

- No, to chyba tyle. Rozpieprz ich tam wszystkich, zdobądź co jest do zdobycia i wracaj do domu.

 

- Rozpieprzę, zdobędę, wrócę.

 

- Brzmi jak jakaś łacińska sentencja. Jak by to brzmiało w tym języku?

 

- Sprawdź w translatorze, Użyje się tego w jakimś promie, albo coś.

 

Zapadła niezręczna cisza. W końcu Aśka pocałowała męża w policzek:

 

- Jedź już. I nie daj się zabić.

 

- Nie dam się. Jadę.

 

Dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Pomruk budzącego się do życia silnika.

 

W końcu Franko odjechał. Gdyby pora była wcześniejsza, odjeżdżałby w stronę krwawo wschodzącego słońca. Albo zachodzącego, gdyby był późny wieczór. A tak mieliśmy tylko zwykły , szary poranek, zupełnie bez klimatu.

 

Trudno.

 

Połowica naszego bohatera stała jeszcze przez chwilę przy bramie. Świadomość tego, że znowu się zaczęło, była jednak dosyć bolesna. Dopadły ją te wszystkie, uporczywe i niełatwe do zignorowania, pytania:

 

Wróci?

 

A jak już, to w jakim stanie?

 

Zdobędzie wreszcie ten cholerny pas, który śni mu się po nocach?

 

Co poświęci, żeby tego dokonać?

 

I, chociaż to może nie najważniejsze…

 

… gdzie się podziała kosiarka?

Edytowane przez Grishan
  • Odpowiedzi 0
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

  • Grishan

    1

Popularne dni

Top użytkownicy w tym temacie

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Recent Posts

    • KyRenLo
      Sytuacja z cyklu pozytywna i negatywna w jednym: Pozytywnie, bo Blake w końcu jest. To najważniejsze. Negatywnie, bo tak rozegrany debiut takiej zawodniczki w Main Rosterze to jednak dla mnie dosyć sporej treści żart. Człowiek liczył na jakieś Wow, a my dostajemy debiut na backu.
    • KyRenLo
      Rewanż za WrestleManię. Rhea vs. Jade: Myślałem, że gdy Rhea zdobędzie już złoto to Pani Cargill zostanie na trochę wypisana z obrazka tytułowego, a Ripley skupi się na kimś innym, jednak grany jest rewanż, którego w teorii i tak Rhea nie przegra.
    • Grishan
      Nazwijmy to początkiem.   Joanna westchnęła ciężko, przetrawiając zakończoną chwilę temu rozmowę. Więc jednak. Jednak. Człowiek niby wiedział, ale jednak się łudził. Stało się. Głupotą było zakładać, że to się nie wydarzy. Czy jej się to podoba, czy nie, jednak się wydarzyło.   Trzeba zawiadomić Franka.   Wychodząc z domu, natknęła się na psy. Zabij i Zagryź – wilczarze irlandzkie – podbiegły do niej, żeby się połasić. Dotyk ich zimnych nosów był dziwnie kojący. Dob
    • MattDevitto
      CMLL na fali
    • Kaczy316
      Nie wiem czy mi się chcę to oglądać, ale jest jedna ciekawa rzecz, bo ponoć Carmelo ma coś do powiedzenia Trickowi, zobaczmy jak to wyjdzie.   Powtórka tego co się działo w zeszłym tygodniu w związku z Codym Rhodesem i Guntherem, ale show otwiera Rhea Ripley! W zapowiedzi było napisane, że tak ma być, ale nie jestem tego fanem, bo feudzik z Jade wciąż jest tragiczny, ale segmentów nie będę raczej skipował. Rhea mówi, że jeśli Jade chcę swojego rematchu to Ripley chętnie rozwali Ją pono
×
×
  • Dodaj nową pozycję...