Skocz do zawartości
  • Witaj na forum Attitude

    Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Dostep do bota wrestlingowego AI
    Rozbudowane zabawy quizowe
    Typowanie wyników nadchodzących wydarzeń
    Pełny dostęp do ukrytych działów i treści
    Możliwość pisania i odpowiadania w tematach oraz chacie
    System prywatnych wiadomości
    Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    Członkostwo w najstarszej polskiej społeczności wrestlingowej (est. 2001)


    Jeżeli masz trudności z zalogowaniem się na swoje konto, to prosimy o kontakt pod adresem mailowym: forum@wrestling.pl

     

Czarna Maska i Proroctwo Zagłady


Rekomendowane odpowiedzi


  • Posty:  502
  • Reputacja:   14
  • Dołączył:  17.08.2010
  • Status:  Offline
  • Urządzenie:  Windows
  • Styl:  Ciemny

Czasami lubię pobiegać. Trudno mnie nazwać fanatykiem joggingu, ale raz na jakiś czas mnie po prostu nachodzi. Spacery też lubię, takie normalne. Bez tych nowomodnych kijków, co to podobno są tak zajebiście zdrowe. Nie wiem, może i są. Ale mnie jakoś nie bawi gibanie się to w jedną, to w drugą stronę, jak marynarz po miesięcznym rejsie. Wolę zwykły spacer z rodzaju tych, które teraz chyba wychodzą z mody. Wracając do biegania: czasami po prostu budzę się rano i czuję, że to właściwy dzień. Podobnie było dzisiaj.

 

 

Przyjemnie tutaj. Dobrze, że trafił się nam nocleg w takiej okolicy. Góry porośnięte lasem - czyli dokładnie to, co lubię. Obudziłem się tuż przed świtem, więc biegnę sam. Raz tylko natknąłem się na fotografa, który chyba uznał mnie za atrakcyjny materiał na zdjęcie. Pewnie niezbyt często natyka się na zamaskowanych typów, którzy biegną sobie ot tak, w okolicznościach natury. A może sprzeda tą fotkę jakiemuś tabloidowi? Nieistotne. Poza tym mam spokój, przynajmniej jeżeli chodzi o ludzi. Ptaki dają na całego, ich koncert rozbrzmiewa w porannej ciszy. W oddali, na skraju lasu pasą się sarny – to chyba samica i dwójka młodych. Matka łypnęła w moją stronę i zastrzygła uszami. Biegnę równym tempem i chyba zrozumiała, że nie stanowię zagrożenia. Odprowadza mnie tylko wzrokiem. Mądre zwierzę. One w ogóle są mądre. Pilnują swoich spraw. Ludzie najczęściej tego nie potrafią.

 

 

Pomyślałem o Bidamie. Znając go, zapierdala właśnie na szczyt tej samej góry od drugiej strony, bawiąc się w alpinistę. Znowu wpadnie do jakiejś dziury, dostanie udaru, krwotoku wewnętrznego albo sobie coś złamie. A na „Anarchię” i tak dotrze na czas, groźny jak zawsze, z udkiem pieczonego kurczaka w ręku. Taki to typ człowieka. Myśl, że moglibyśmy ponownie stanąć naprzeciwko siebie w ringu jest mi dosyć niemiła, chociaż jednocześnie ekscytująca… na swój sposób. Może dlatego, że już to przerabialiśmy i pewne kwestie pozostały nierozstrzygnięte? A może dlatego, że wspólna walka o występ w Main Evencie daje nam o wiele ciekawsze możliwości? Nie wiem. Trudno orzec.

 

 

Chłód poranka jest przyjemny. Za jakiś czas będzie pewnie gorzej. Czuję, że mnie to nie zniechęci. To dobry dzień na bieganie.

 

 

Wygląda na to, że dzisiaj wbiegnę na szczyt.

 

 

 

 

 

- Widziałam okręt z flagą EWF na maszcie – zaintonowała Helenka niezwykłym u niej, żałobnym tonem – nabierał wody, tonął, a zachodzące słońce barwiło ocean szkarłatem!

 

- Brałaś coś, Hela? – Zapytał rzeczowo Franko.

 

- Głupiś! – W oczach towarzyszki Zamaskowanego pojawił się niebezpieczny błysk. – Miałam sen. W mojej rodzinie to poważna sprawa.

 

- Wiesz, ja nie chcę obrażać twojej rodziny… - Butcher zawiesił głos, jednocześnie smarując kanapkę białym serem. To dobra okazja żeby wspomnieć, że rozmowa odbywa się w gustownie urządzonym apartamencie hotelowym. Sądząc po wpadających przez uchylone okno promieniach słońca i świergocie ptaków, jest ranek. Czyli zastaliśmy naszego bohatera przy śniadaniu. Skoro ustalenie czasu i miejsca mamy już za sobą, możemy wracać do rozmowy:

 

- Właśnie to zrobiłeś, cholero. Ja sobie nie życzę takich impertynencji, rozumiesz?

 

Rzeźnik nie odpowiedział. Przeżuwał. Helenka kontynuowała:

 

- Co ty niby wiesz o mojej rodzinie, hę? Tak lepiej to znasz tylko Heńka i moją siostrę – a Henio się nie liczy.

 

- Przekażę mu twoją opinię.

 

- Cisza tam, mówię! Nie liczy się, bo jest facetem. W moim rodzie wróżebne sny przydarzają się tylko kobietom.

 

- Twojej siostrze też?

 

- O mojej siostrze nie będziemy rozmawiali.

 

- Dalej podtrzymuje ten płomienny internetowy romans z… przypomnij mi, skąd jest ten gostek?

 

- Z Turcji. Ale nie będziemy o tym rozmawiali, ogłuchłeś? Zresztą, wczoraj usunęła go ze znajomych na Facebooku. To koniec ich znajomości.

 

- Pewnie tak, i to co najmniej na dwa dni. Dłużej raczej nie wytrzyma – nigdy nie wytrzymywała – przyczołga się do niego, odnowi kontakty i znowu będzie wpadała w szał, kiedy amant wyjdzie z kumplami na miasto i przestanie odpowiadać na jej sms-y. To już patologia, wiesz?

 

- Sam jesteś patologia. A ten sen to poważna sprawa, jeszcze wspomnisz moje słowa. Moje pra – prababka przewidziała obie wojny światowe.

 

- I co, pomogło jej to jakoś?

 

- Niby jak miało jej pomóc?

 

- Czyli nie pomogło. W takim razie, to żaden interes.

 

- Ale okręt…

 

- Daj spokój. Nawet jeśli zatonie, to co z tego?

 

- Jakiś ty ciemny, Franko – westchnęła ciężko Helenka – takie ostrzeżenia rzadko są konkretne, rozumiesz?

 

- Co tym bardziej oznacza, że nędzny z nich pożytek. Zresztą, ten okręt należy teraz do Szakala. Niech on się martwi.

 

Menadżerka zmarszczyła brwi i westchnęła jeszcze ciężej. Przez chwilę walczyła ze sobą, ale w końcu machnęła ręką. Butcher kontynuował pomiędzy kęsami kolejnej kanapki:

 

- Ten pływający wrak świetnie pasuje do obecnej formy Pana Senatora. Mówiąc dosadnie: chujnia. Niby jakoś to pływa, sztandary EWF dumnie nad nim łopoczą, ale jak zajrzeć pod pokład, albo tak po prostu przyjrzeć się uważnie – jedna wielka rdza, tylko tu i ówdzie pociągnięta z lekka lakierem. Syf. Malaria. Pływający wrak. W dodatku nieuzbrojony.

 

Rzeźnik sięga po filiżankę z kawą, podczas gdy jego rozmówczyni po prostu trawi to, co przed chwilą usłyszała. Na razie nie odpowiada, więc nasz bohater może podjąć temat:

 

- Nie ma już grzmiących dział na pokładzie OEWF „Szakal”. Zamilkły, wszystkie. Zniknęły torpedy i bomby głębinowe. Okręt może tylko przeć naprzód, pruć fale i taranować pomniejsze przeszkody. Ale kiedy napotka na swojej drodze coś większego, twardszego, albo po prostu niespodziewanego… cóż. Wtedy mamy piękną, poszarpaną dziurę w poszyciu. I okręt idzie na dno.

 

- Rzecz niezwykła i bez precedensu – mówi Helenka z przekąsem – Franko lekceważący przeciwnika!

 

- Kto mówi, że to robię?

 

- Nie mów mi, że to nie brzmi jakbyś go nie lekceważył.

 

- Ależ ja bardzo szanuję tą szacowną stertę złomu. Doceniam wszystko co zrobiła, patrolując przez lata niebezpieczne wody Extreme Wrestling Federation. Co nie zmienia faktu, że nawet po gruntownym remoncie nie ma najmniejszych szans w starciu z OEWF „Rzeźnik”. Ta jednostka przewyższa go o klasę i jest nowocześniejsza. Takich rzeczy nie da się przeskoczyć.

 

- Doświadczenie…

 

- Doświadczenie załogi nie ma tutaj nic do rzeczy. Zresztą, ci z „Rzeźnika” też już sporo widzieli i zdziałali. Taka jest okrutna prawda. Starsze, zdezelowane modele są zastępowane przez nowsze. Normalna sprawa. Każdy okręt wcześniej czy później pójdzie na przemiał. Chyba że…

 

- Chyba że…?

 

- Chyba że zamieni się go na pływające muzeum. Z OEWF „Szakal” chyba rzeczywiście tak jest. Jest symbolem dawnych czasów i minionej chwały. Ludzie go zwiedzają z ciekawości albo z sentymentu, albo po prostu dlatego, że nie mają nic innego do roboty. A sponsorzy muzeum starają się, żeby był w miarę zadbany. Żeby się jakoś prezentował. Ale trochę farby, lakieru i odrdzewiaczy nie zapewni tej jednostce sprawności bojowej. Tutaj nie pomoże nawet remont generalny, bo niby jak miałby pomóc? To nie przywróci okrętowi uzbrojenia ani kompetentnej załogi. Nie uczyni go na powrót sprawnym. Nie rozpali dawnego ognia ani pasji, która przeminęła…

 

- Jesteś pewny, że przeminęła?

 

- Myślisz, że jeszcze wszystkich zaskoczy? Nie mam nic przeciwko temu. Niech zaskakuje. Wyniku walki i tak to nie zmieni.

 

- Taki jesteś pewny, że go pokonasz?

 

- Każdy z uczestników zbliżającego się starcia jest w stanie pokonać Szakala. Jego obecność w EWF sprowadza się ostatnimi czasy do jakichś nędznych podrygów, okruchów dawnej świetności. A ci na górze ciągle go pchają do main eventów, co pewnie ma jakieś tam przełożenie na sprzedaż biletów, ale nie odzwierciedla jego obecnej formy. Szakal zdechł. Może jeszcze się odrodzi, ale na pewno nie na najbliższej gali i na pewno nie moim kosztem. Powinien się modlić, żeby wyjść z tego starcia bez obrażeń wewnętrznych. Nie sądzę, żebyśmy się tam z nim jakoś szczególnie pierdolili. Wszyscy: ja, Bidam, nawet Vaclav – wszyscy mamy za sobą długą i wyboistą drogę, wybrukowaną potem, cierpieniem i krwią. A on głównie odcinał kupony, przynajmniej ostatnio. W tej chwili jest najsłabszym ogniwem.

 

- A co jeśli będziesz musiał z nim współpracować? Co wtedy?

 

Zamaskowany milczał przez chwilę, ale w końcu odpowiedział:

 

- Wtedy będę miał pecha.

 

 

 

 

 

Biegnąc, wspominam słowa Heli i swoją odpowiedź. Jej obawy są zrozumiałe. Czy Szakal to rzeczywiście taki marny tag partner? W końcu chłopisko ma pewne zalety… może naprawdę spręży się na „Anarchię”? Nie wykluczam takiej możliwości, ale to niczego nie zmienia. Wolę mieć za partnera Vaclava, on przynajmniej ciągle jest głodny sukcesu. A Szakal przypomina sobie o swojej wielkości tylko sporadycznie, co rodzi spore ryzyko. Takie przeplatanie dni lepszych z gorszymi nigdy nie było dobrym fundamentem… boję się, że jemu już przestało na tym wszystkim zależeć. I tak się zastanawiam: czy Bidam przypadkiem nie chce go trochę rozruszać? Czy nie próbuje sprowokować legendy do przejawienia jakichś oznak życia? Czy nie chce podsycić płomienia, który wydaje się być wygasły?

 

 

To chyba całkiem możliwe. On miewa ciekawe pomysły.

 

 

Znowu myślę o Nowosibirskim. Gdybym tylko mógł wybierać, sprawa mojego tag partnera byłaby od razu jasna. Dobra z nas drużyna. Wierzę głęboko, że wspólnie jesteśmy w stanie… jesteśmy w stanie dokonać praktycznie wszystkiego. Pokonanie Vacka i Szakala to przy tym tak właściwie drobiazg. Biliśmy się już kiedyś w takiej konfiguracji. Stanęło na remisie, co wtedy nikogo nie satysfakcjonowało. Teraz byłoby pewnie inaczej – teraz musi zapaść jakieś rozstrzygnięcie, przynajmniej teoretycznie. W praktyce różnie to bywa. W końcu to EWF.

 

 

Biegnę w dosyć monotonnym rytmie, ale tempo mam dobre. Przeskakuję nad zwiniętą w kłębek, wygrzewającą się na ścieżce żmiją. O tej porze roku są jeszcze strasznie nieruchawe. Biegnę dalej, chociaż ścieżka robi się coraz bardziej stroma.

 

 

Nie przeszkadza mi to.

 

 

 

 

 

- Cholera, wdepnąłem w Vaclava – skrzywił się Heniek spoglądając na ubabraną łajnem podeszwę buta – jak ja to teraz doczyszczę?

 

- Upierdol sobie nogę w kostce – odpowiedział Franko z powagą – słyszałem, że to stuprocentowo pewny sposób.

 

- Ha. Ha. Ha. Zaraz pęknę ze śmiechu. Wyostrzył ci się dowcip w tym EWF. Nic, tylko pozazdrościć.

 

Rozmowa odbywała się w tak zwanych okolicznościach natury, na porośniętej krzakami ścieżce, po bokach której majaczyły drzewa. Owady bzyczały, a ptaki śpiewały. Drzewa i krzewy były w ciągłym ruchu, bo dzień należał do tych raczej wietrznych. Plastikowe butelki, szklane słoiki, aluminiowe puszki i torebki foliowe po prostu walały się tu i ówdzie – widocznie taka była ich rola w lokalnym ekosystemie. Nie był to rezerwat przyrody, ale Zamaskowanemu to nie przeszkadzało. Grunt, że nieczęsto spotykało się tutaj ludzi, więc wymiana zdań przebiegała bez przeszkód:

 

- EWF hartuje człowieka pod każdym względem – rzucił sentencjonalnie Rzeźnik – więc nie powinieneś się dziwić. Strach pytać, ale skąd ci się wzięło to porównanie?

 

- Chyba z któregoś odcinka „Czarnej Żmii” – mruknął Henio rozglądając się za jakimś patykiem – ale jest całkiem udane, nie?

 

- Rzekłbym raczej, że dosyć oczywiste. Myślisz, że taki był cel Vaclava?

 

- A bo ja wiem? Nasłuchał się w młodości tych wszystkich uwag dotyczącej swojej higieny osobistej i w końcu mu odpierdoliło. On był zawsze cholernie wrażliwy.

 

- Fakt. – Franko przystanął, dając rozmówcy chwilę czasu na przynajmniej częściowe uporanie się ze swoim problemem. – Nie tak dawno temu nazwał Jazzowskiego, bardzo słusznie zresztą, pizdą, ale nie wspomniał przy tym że swego czasu to określenie najlepiej pasowało do niego samego. Zapomniał wół, że cielęciem był. Można powiedzieć, że był wtedy naczelną pizdą EWF. Płaczliwą, jadącą bez przerwy na prochach i pierdolącą coś ciągle bez sensu.

 

- Ale to przeszłość, nie? – Henio przyjrzał się krytycznie efektom swojej pracy. – Teraz prawdziwy z niego twardziel.

 

- Nabrał trochę charakteru, ale żeby zaraz twardziel? Kiedyś bardziej go poważałem, jeszcze w czasach Mecenasa Extremy. Jak on się wtedy zajebiście prezentował w ringu… teraz to taki desperado, którego kariera stała się elementem alkoholowego ciągu. Plącze się po tym EWF, rozrzuca wszędzie puste butelki, brzuchaci swoje fanki, szcza po kątach, nie myje się jakoś za bardzo, muchy za nim latają i generalnie wszystko to jakieś takie bez sensu. Kiedyś było lepiej, naprawdę.

 

- Czyli miałem rację: gówniana sprawa.

 

- Niby tak, ale byłbym ostrożny z takimi porównaniami. Ostatnim który takich używał był Jazzowski. I co mu z tego przyszło?

 

- Gówno.

 

- Strasznie jesteś dzisiaj monotematyczny, szwagier. Ale w zasadzie masz rację: Jazzowski spłynął, spuszczony w kiblu historii. I oby tak pozostało.

 

- Pewnie i tak w końcu wróci, żeby odebrać od ciebie porcję wpierdolu. No ale to już jego problem. Twoim problemem jest teraz Vaclav, prawda?

 

- Powiedziałbym raczej, że jest jednym z problemów. Bynajmniej nie głównym, ani nie najważniejszym, raczej upierdliwym niż przerażającym. Ot, zawadza mi trochę na drodze do Szaleńca. Ale to nic. Nie z takimi przejściowymi trudnościami radziłem sobie w przeszłości.

 

Rozmówcy wznawiają spacer. Heniek spogląda na Rzeźnika i uśmiecha się krzywo:

 

- Jak na przejściową trudność, to jednak trochę zbyt często zostawiał cię pokonanego w ringu.

 

- W ringu pozostawił mnie pokonanego tylko raz – odpowiedział Rzeźnik spokojnie. – Poza tym zdarzyło mu się wpakować mnie do karetki albo do śmietnika. Zapewniało mu to zwycięstwo, ale żebym czuł się jakoś szczególnie pokonany? Zmiażdżony? Pognębiony chociaż? Nic z tych rzeczy. Czułem tylko niedosyt. Bo akurat wtedy, kiedy chciałem wstać i porządnie mu przypierdolić, walka akurat się kończyła. Co byłoby pewnie nawet trochę frustrujące, gdybym nie był na to gówno odporny.

 

- No i kto jest teraz monotematyczny?

 

- Punkt dla ciebie. Rozmawiając o Vacku chyba już tego nie unikniemy. Spoko, ja nie jestem przesadnie wrażliwy. Skoro zachowuje się jak takie brązowe i cuchnące, to w sumie mogę go tak potraktować. Tyle tylko, że to nie będzie ładne. Ani odrobinę.

 

- Chyba nie do końca wiem, o czym ty tak właściwie mówisz.

 

- Mówię o tym, że kiedy gówno wpadnie w wentylator, to nigdy nie jest to specjalnie estetyczny widok. A nasze kolejne spotkanie będzie właśnie tak wyglądało. Tym razem rozbryzgnę go w ringu i ogólnie pojętych okolicach. On już nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć. Od pewnego czasu po prostu stanął w miejscu i okopał się na pozycji największego skurwiela EWF. Czasami nawet mu z tym do twarzy, ale nie o to idzie. Chodzi o to, że jego główny problem tkwił zawsze w sferze mentalnej. Kiedyś nie wyobrażał sobie życia bez koktajlu z różnokolorowych pastylek, a teraz nie potrafi rozpocząć dnia bez kilku browarów. To jest ta sama słabość, tylko że w nowej odsłonie. Same old shit, again and again.

 

- Co ty Franek, poliglotę zgrywasz?

 

- A ty co? Udajesz że wiesz, co oznacza słowo „poliglota”?

 

- Też mi problem. Wystarczy działający Internet.

 

- Fakt. Ale do czego niby ma nas ta dyskusja zaprowadzić?

 

- Może do tego, że EWF zmienia ludzi?

 

- Eee, tam. W zasadzie to prawda, ale pizdy i tak pozostają pizdami.

 

- To tak a propos Vaclava?

 

- Tak jakby.

 

 

 

 

 

Biegnę dalej, chociaż mam mocno pod górkę. Trudności nigdy mnie nie zniechęcały. Trochę wylanego potu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. To trudne, ale staram się równomiernie oddychać. Staram się utrzymać właściwy rytm.

 

 

Vaclav jest pewnym problemem. Chyba ma na mnie jakiś patent. Przeważam, dociskam go na całego… a on i tak zgarnia zwycięstwo. Wydaje mi się, że ten facet po prostu wyczerpał już swój limit szczęścia. Kiedyś go szanowałem. Teraz budzi mój niesmak. Jak bardzo można się skurwić? Jak dalece można zaprzeczyć temu, czym się kiedyś było? Jak daleko można odejść od swoich korzeni? Od pewnego czasu obserwuję go i zastanawiam: jak daleko ten biedny palant się jeszcze posunie? Co jeszcze zrobi, żeby utrwalić swój wizerunek? Szczał i srał już na różne przedmioty, wpierdalał mini świnie, atakował senatorów, gwałcił jakieś panny, okaleczał, przeklinał, zasmradzał i był ogólnie dosyć upierdliwy. I co z tego? Do czego go to doprowadziło? Do World Title? Niby jest całkiem blisko, ale czy nie osiągnąłby tego samego (albo nawet więcej) bez odpierdalania tej całej szopki z byciem złym? Czy dawny Mecenas Extremy byłby już mistrzem? Według mnie, to niewykluczone. Miał na to papiery, miał potencjał. Teraz… teraz jest inaczej, niż mogłoby być. Czy gorzej?

 

 

Jasne, że gorzej.

 

 

On jest teraz zwyczajnie słabszy ringowo, niż kiedyś – i to w tym wszystkim jest najsmutniejsze. Niby jest brutalniejszy. Niby zintensyfikował swoje działania mające na celu zdobycie Złota. Niby jest godnym przeciwnikiem dla Crazy’ego. Ale wszystko to jakieś takie siermiężne, smutniejsze, słabsze. Tyle już zrobił, żeby ludzie go znienawidzili. Tyle wysiłku, żeby Henio mógł powiedzieć: „wdepnąłem w Vaclava”. I po co to wszystko? Po to, żeby się cofnąć w rozwoju?

 

 

Idiotyzm.

 

 

Pnąc się z wysiłkiem w górę rozmyślam nad słabością swojego przeciwnika. Bo on rzeczywiście jest słaby. Co jeszcze może zrobić? Naszcza na krzyż? Pobije dziecko? Zarżnie na wizji jakieś zwierzę? Zabije kogoś? Trudno powiedzieć, co mu tam do łba wpadnie. Cholernie się stara, żeby się uodpornić na to wszystko. Na krytykę, na chwile zwątpienia. Na ból. Na strach pewnie też.

 

 

Wszystkie te, jakże pożądane przez Vaclava, cechy, posiadam praktycznie od urodzenia.

 

 

 

 

 

Plansza z logiem EWF znika, zastąpiona przez fragment jakiegoś pomieszczenia. Jedynym sensownie oświetlonym elementem jest tutaj wisząca na ścianie ikona, na której widnieje twarz SR – Crazy’ego. Poniżej, nieco bliżej ekranu, w otulającym pokój półmroku, widzimy oparcie sporych rozmiarów fotela. Wystaje zza niego czubek zamaskowanej głowy. To Franko siedzi w fotelu wpatrując się w wizerunek obecnego World Championa. Po chwili przemawia chrapliwym, od lat niezmiennym głosem:

 

- Crazy jest jak gumowa kaczuszka. To czyni go śmiertelnie niebezpiecznym.

 

Uważny słuchacz wyłapie w tym momencie jakieś zamieszanie w tle. Ktoś coś mówi, bardzo niewyraźnie. Naprawdę dociekliwy fan w końcu odkryje prawdę: głos należy do Helenki. Najprawdopodobniej powiedziała właśnie coś w rodzaju: „czy on sobie jaja z nas wszystkich robi?!” Zamaskowany nie wykonuje najmniejszego ruchu który sugerowałby, że słowa menadżerki w jakikolwiek sposób do niego dotarły. Kontynuuje bez pośpiechu:

 

- Zawsze znajdzie sposób, żeby utrzymać się na powierzchni. Wydaje się, kurde, niezatapialny. Zacznij go nawalać, to popiszczy trochę, poskacze w ten specyficzny, dosyć pocieszny sposób, a później szybko wróci do poprzedniej pozycji. Taka Wańka – wstańka z niego. Mogło by się zdawać, że wszystko po nim spływa jak… jak po kaczce właśnie. Jakby tak zgolił brodę i wąsy, to zobaczylibyśmy kolejne podobieństwa. Może nawet coś w rodzaju dzioba? Ale nawet z tym owłosieniem na gębie ma w sobie coś z kaczuszki. Taki pękaty, wiecznie uśmiechnięty i tryskający samozadowoleniem. Nawet zmarszczek ma jakoś za mało. To przez tą gumową twarz. Wiecznie się uśmiecha, jak jakiś Alc – Man albo inna cholera. Zdecydowanie, jest w nim coś nieludzkiego. Pytam się, najzupełniej poważnie: czy ktoś z was napierdalał się kiedyś z gumową kaczką ludzkich rozmiarów? Odpowiedź musi brzmieć „nie”, to oczywiste. Podłączmy jednak wyobraźnię. Zadanie wygląda dosyć przerażająco: odporność na ciosy, tolerancja na ból, pewnego rodzaju niezniszczalność, no i ten przerażający uśmiech, który rozłoży na łopatki każdego o rozmiarze jaj poniżej orzechów kokosowych. Jak się zabrać za takiego mutanta? Jak bić? Czym straszyć? Czy to w ogóle ma sens?

 

Butcher pozwala ostatniemu pytaniu zawisnąć w powietrzu. Po chwili jednak, kontynuuje:

 

- Na każde wynaturzenie znajdzie się w końcu sposób. Natura już tak ma. Pewnie kiedyś pozbędzie się nas wszystkich, chociażby pozwalając na wzajemną eksterminację. Czyli sposób w końcu się znajdzie. Zawsze. Gumową kaczkę też można trwale uszkodzić. Pociąć czymś ostrym na maleńkie kawałki. Oblać benzyną i podpalić. Albo po prostu napierdalać tak długo, aż całkiem straci przyrodzone właściwości. Da się? Da. Po prostu trzeba się trochę przy tym napocić. A ja nigdy nie wzdragałem się przed odrobiną wysiłku. Każdy balon można przebić. A gumowe kaczuszki zawsze są puste w środku. Wystarczy odpowiednich rozmiarów dziura i… to naprawdę żadna filozofia. Crazy zatonie, jak Szakal. To tylko kwestia narzędzia, sposobności i motywu, jak w dobrym kryminale. Mam narzędzia (tutaj słyszymy chrzęst zaciskanych pięści), „Kwietniowa Anarchia” dostarczy mi sposobności, a co do motywu… heh. Nawet bez World Title na szali znalazłbym coś dla siebie. Choćby kwestie czysto ambicjonalne, bo mam szczerą ochotę mu przypierdolić. To prawdziwe błogosławieństwo, kiedy człowiek czerpie przyjemność ze swojej pracy. A Szaleniec na własnej skórze poczuje mój punkt widzenia. Odrę go z tej jego przesadzonej legendy i przebiję napompowany do granic możliwości balon. Sprowadzę go na ziemię.

 

- Brzydko.

 

- Brutalnie.

 

- Boleśnie.

 

Obraz rozmywa się i zostaje zastąpiony krwistoczerwonym logiem EWF.

 

 

 

 

 

Uśmiecham się lekko kiedy przypominam sobie, jaki opieprz dostałem od Heli za to promo. Myślę jednak, że etap chrzanienia o szacunku mam już w tym przypadku za sobą. Crazy dobrze wie, że go szanuję. Ma też sporo zdrowego dystansu do samego siebie. Wie, że może sobie na ten dystans pozwolić. A nasze ostatnie starcie wyleczyło go z nadmiernej pewności siebie. Hela za bardzo się przejmuje.

 

 

Zresztą, on naprawdę przypomina kaczkę.

 

 

To śmieszne, ale dwa małe, kolorowe ptaszki odciągają moje myśli od World Championa. Latają wokół jak szalone, tłukąc się przy tym niemożebnie. Przypominają mi Bidama i to, jak zachowuje się w ringu. Tak jak one jest szybki, nieprzewidywalny i jakiś taki… nadaktywny. Będzie strasznym przeciwnikiem, jeśli los uzna okrucieństwo za właściwe wyjście. Albo wspaniałym sojusznikiem, jeśli się nam poszczęści. Niestety, nie mam na to wpływu. Będzie tak, jak zadecydują oficjele EWF. Trzeba będzie się dostosować, jak zawsze. Jesteśmy w tym coraz lepsi.

 

 

Stromo tutaj, ale ledwie zwracam na ten fakt uwagę. To nieistotne. Istotny jest Bidam i to, jak się sprawy potoczą. Jeżeli wszystko pójdzie jak należy, trafimy do Main Eventu. No i Szaleniec znajdzie się w niezłym szambie, bo to już będzie handicap. Trochę to niesportowe, ale znudziły mnie już jego rządy, więc nie będę miał problemu z wykorzystaniem tego faktu. To śmieszne, ale ja naprawdę nie mam nic przeciwko zapewnieniu Bidamowi zwycięstwa. Co takiego jest w tym gościu, że jestem gotowy wystawić mu na tacy coś, o czym marzę od lat?

 

 

Po cholerę mam się nad tym rozwodzić? Nie wiem, jak tam wygląda sprawa ambicji mojego tag partnera, ale to też nie ma większego znaczenia. Jeżeli dotrzemy do Crazy’ego, to jeden z nas opuści ring jako World Champion. No, chyba że Scyther uzna, że to idealny czas na jego triumfalny powrót i wkroczy do akcji, kiedy będziemy już odpowiednio zmęczeni walką. To jest niestety kolejna rzecz, na którą kompletnie nie mam wpływu. Wkroczy, albo nie wkroczy. Będzie sędziował jak należy, albo zepsuje nasze wysiłki. Chuj wie, co mu tam do łba strzeli. Czego niby można spodziewać się po facecie, który nie szanuje nawet samego siebie?

 

 

Przekonam się o tym już niedługo. W tej chwili, to nieważne.

 

 

Biegnę wytrwale.

 

 

Jestem już blisko szczytu.

  • Odpowiedzi 2
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

  • SR

    1

  • Grishan

    1

  • Prinse

    1

Top użytkownicy w tym temacie


  • Posty:  117
  • Reputacja:   0
  • Dołączył:  19.09.2009
  • Status:  Offline
  • Styl:  Klasyczny

Gdybym w tym wieku pisał takie rpy, to bym uciekł ze szczęścia z domu. Dobra robota!

6886753384ab4cd8908084.jpg


  • Posty:  180
  • Reputacja:   0
  • Dołączył:  13.07.2012
  • Status:  Offline
  • Styl:  Klasyczny

Zawsze niesamowite było dla mnie jak z każdego RP na kolejny zauważalnie jesteś coraz lepszy. Nie potrafię wskazać chociaż jednego gorszego RP z ostatniego czasu. No a ten niezwykle klimatyczny i Frankoinator coraz bardziej wiarygodny. Zdecydowanie aktualnie moja ulubiona postać z roosteru EWF.

1239281010554942849e893.jpg

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Recent Posts

    • Jeffrey Nero
      Ash by Elegance też jednak nie skończyła kariery od początku to było podejrzane żadnych przecieków co jej było.
    • MattDevitto
      Kompletnie mnie te RR nie interesuje, ale będę musiał rzucić okiem na walkę Stylesa to też przy okazji zobaczę pewnie oba RR matche. Nie przekonują mnie jednak te zapowiedzi i obiecanki za pięć dwunasta
    • Attitude
      Nazwa gali: NJPW Road To The New Beginning 2026 - Dzień 3 Data: 28.01.2026 Federacja: New Japan Pro Wrestling Typ: Event Lokalizacja: Tsugaru, Aomori, Japan Arena: Ito Mining Arena Tsugaru Publiczność: 987 Karta: Wyniki: Powiązane tematy: New Japan Pro Wrestling - dyskusja ogólna
    • GGGGG9707
      Tak też mi niespodzianki, Belair, AJ Lee, Lesnar, LA Knight, Dom, pewnie ten nowy arab saudyjski którego wzięli.  Ja zawsze na Royal Rumble przyjmuję sobie że chcę co najmniej jedną niespodziankę ale taką której się nie spodziewam. Te wymienione się nie liczą bo i tak prawie pewne że będą i to żadna niespodzianka. Choćby to był nie wiem Hornswoggle to i tak dam na plus bo będę zdziwiony a o to chodzi w Royal Rumble. Chyba na 60 wrestlerów da się zarezerwować 1 miejsce dla kogoś kogo si
    • MattDevitto
      Myślałem, że ona skończyła z wrs
×
×
  • Dodaj nową pozycję...