Skocz do zawartości
  • Witaj na forum Attitude

    Dołączenie zajmie Ci mniej niż minutę – a zyskasz znacznie więcej!

    Dostep do bota wrestlingowego AI
    Rozbudowane zabawy quizowe
    Typowanie wyników nadchodzących wydarzeń
    Pełny dostęp do ukrytych działów i treści
    Możliwość pisania i odpowiadania w tematach oraz chacie
    System prywatnych wiadomości
    Zbieranie reputacji i rozwijanie swojego profilu
    Członkostwo w najstarszej polskiej społeczności wrestlingowej (est. 2001)


    Jeżeli masz trudności z zalogowaniem się na swoje konto, to prosimy o kontakt pod adresem mailowym: forum@wrestling.pl

     

Czarna Maska i Anarchia w Bhutanie


Rekomendowane odpowiedzi


  • Posty:  502
  • Reputacja:   14
  • Dołączył:  17.08.2010
  • Status:  Offline
  • Urządzenie:  Windows
  • Styl:  Ciemny

19.04.2013. Gdzieś w Polsce (trasa promocyjna „Kwietniowej Anarchii VI”).

 

 

- A nie mówiłam? Teraz sam widzisz, że nie przesadzałam!

 

Ehh... co tutaj dużo pisać: wypiękniała nam Helenka przez ostatnie miesiące. Wyszczuplała, zmieniła styl ubierania i makijaż, a nawet nauczyła się inaczej poruszać. Nabrała blasku, ot co! Rozkwitła. Widać to nawet teraz – kiedy znajduje się w stanie najwyższego wzburzenia.

 

- Może i nie.

 

Franko jak zwykle nie popisuje się jakąś szczególną empatią, ani wyczuciem. Nie wzrusza go falująca od ledwo powstrzymywanych emocji kibić przyjaciółki, ani jej wypełniające się łzami oczy. Zamaskowany spogląda na siedzącego na łóżku i tępo wpatrującego się w przestrzeń Velveta Lee. Rzecz dzieje się w hotelowym pokoju, który nie ocieka jakimiś szczególnymi luksusami, ani nie razi spartańskim wystrojem wnętrza. Ot, klasa ekonomiczna.

 

- Słyszysz mnie, Velvet?

 

Brak reakcji. Rzeźnik powtarza, tym razem nieco głośniej:

 

- Velvet, czy mnie słyszysz!?

 

Nic.

 

- To pewnie jakiś szok pourazowy, albo coś takiego – to słowa Helenki – porwanie Elegance’a to było dla biedaka po prostu zbyt wiele!

 

W odpowiedzi Franko chwyta Azjatę za kark i podnosi go góry jak szczeniaka, przyglądając się mu przy tym z uwagą. Chwilę później policzkuje go - ot, delikatny klaps - i głowa Velveta odskakuje na bok. Następnie powtarza procedurę – tym razem z drugiej strony. Helena krzyczy coś z oburzeniem, ale Butcher ignoruje ją.

 

- Velvet, nie bądź pierdołą.

 

Słowa Franko są spokojne i dobitne. Spojrzenie stylisty sugeruje, że chyba zaczyna on łapać jakiś kontakt z rzeczywistością. Pomimo to, Rzeźnik nie jest usatysfakcjonowany.

 

- Nie zachowuj się jak Aero po przegranej walce. Miej trochę szacunku do samego siebie.

 

W odpowiedzi Velvet zaczyna łkać, co jest bardzo przykre. Butcher spogląda na niego. Trudno coś wywnioskować z jego wzroku.

 

- Skocz do mojego pokoju, Hela. Przynieś Pocieszycielkę Strapionych.

 

Helenka wygląda, jakby chciała coś powiedzieć, ale daje sobie spokój i posłusznie opuszcza pomieszczenie. Po chwili wraca z butelką Żołądkowej. Franko otwiera ją i przytyka szyjkę do ust Velveta.

 

- Pij.

 

Stylista chyba nie ma na to ochoty.

 

- Pij, albo ci przywalę.

 

W tonie Rzeźnika jest coś, co każe Azjacie wykonać polecenie. Pije pierwszy – bardzo ostrożny – łyk.

 

- Pij.

 

Franko jest nieprzejednany, a jego „pacjentowi” jest już chyba wszystko jedno. Kolejny łyk zamienia się w atak kaszlu.

 

- No widzisz, już nabierasz kolorów. Pij dalej.

 

Butcher nie odpuszcza, a coraz bardziej czerwieniejący na twarzy Velvet pije przez łzy. Helena obserwuje to z rosnącym oburzeniem, wystarczy jednak jedno spojrzenie zamaskowanego, żeby słowa protestu uwięzły jej w gardle. W końcu nie wytrzymuje:

 

- Chcesz go otruć?!

 

Franko odpowiada pytaniem na pytanie:

 

- Jadł coś?

 

- Chyba nie.

 

- Dobra. Zwolnij, Velvet. Butelka nigdzie ci nie ucieknie.

 

Stylista posłusznie zwalnia tempo i w widoczny sposób odpręża się. Jego oblicze nabiera rumieńców, a nawet pojawia się na nim uśmiech. Rzeźnik przygląda się temu bez emocji.

 

- To by chyba było na tyle. W tej chwili zapomniał o swoich troskach, a jutro będzie miał inne zmartwienia. Kto nigdy nie miał kaca, ten nie wie co to smutek.

 

- Cholera Franko, przecież wiesz, że to tylko półśrodki!

 

- Jeżeli wymyślisz coś lepszego, to następnym razem się nie krępuj. Albo wezwij Bidama.

 

Te słowa zasmuciły Helenkę.

 

- On teraz ma swoje problemy, Franko. Dobrze o tym wiesz.

 

- Byłaś z nim u tego lekarza?

 

- Nie byłam. Chciałam, ale nie byłam. Prywatna wizyta była dogadana, termin wyznaczony... ale wiesz, jak on potrafi człowiekiem zakręcić. Zagadał mnie, przekabacił, a później stwierdził, że pójdzie kiedy indziej. Ze Stefanem. Ja... ja się martwię, Franko.

 

Zamaskowany siada przy oknie. Helenka nerwowo przechadza się po pokoju – widać, że ma trudności z usiedzeniem w jednym miejscu. W końcu klnie pod nosem, sięga do torebki i wyciąga z niej paczkę papierosów.

 

- Myślałem, że rzuciłaś palenie.

 

- Rzucę po „Kwietniowej Anarchii”.

 

Menadżerka naszego bohatera zapala papierosa. Franko krzyżuje na piersi ręce i zamyśla się. Po chwili zaczyna mówić – trochę do Helenki, a trochę sam do siebie:

 

- Z Bidamem zawsze było coś nie tak. On zawsze nosił maskę. Nie taką jak ja – bo moja w gruncie rzeczy niczego nie zasłania – jego maska jest zupełnie innego rodzaju. Szeroki uśmiech, beztroska i optymizm. Kurczaki, sypianie w szafach, jakieś łachmany. Cały Bidam, prawda? Właśnie to czyni go tak niebezpiecznym. Patrząc na niego, widzi się tylko pozory, podczas gdy w rzeczywistości...

 

Franko przerywa na chwilę. Helenka przygląda się mu przez chmurę papierosowego dymu. W jej wzroku kryje się niedowierzanie.

 

- Początkowo pomyślałem sobie: oto cwany i utalentowany skurwiel. Jest świetny w mydleniu oczu swoich przeciwników. To ktoś, z kim będę musiał się liczyć. Kogo on chce oszukać tą swoją błazenadą? Na pewno nie mnie. Przecież widzę, jak się porusza po ringu. To drapieżnik. Wilk w owczej skórze. Widziałem, jak dostosowywał się do sytuacji panującej wtedy w EWF. Jak został hunwejbinem. Jak likwidował „elementy niepożądane”. Patrzyłem, jak ci kolesie robili pod siebie ze strachu na jego widok, a on po prostu ich eliminował. Nawet wtedy wszyscy widzieli w nim śmiesznego Azjatę, który sypia w szafach. Geniusz – pomyślałem. Pieprzony geniusz.

 

- Ty jednak jesteś paranoikiem, Franko. Widzisz rzeczy, które chcesz widzieć.

 

Zamaskowany tylko się uśmiecha po swojemu – lekko i prawie niedostrzegalnie.

 

- To ty widzisz to, co chciałabyś zobaczyć, Hela. Zresztą, nie jesteś obiektywna.

 

Helena stara się ukryć zmieszanie, ale jej to nie wychodzi. A Butcher spokojnie mówi dalej, przeszywając rozmówczynię swoim wypranym z emocji wzrokiem:

 

- Wodzisz za nim oczami odkąd został przybocznym Sandmana. „Za mundurem panny sznurem”, czyż nie?

 

- No chyba do reszty cię pogięło! – Helenka chyba uznała, że najlepszą obroną jest atak. – To jest już szczyt wszystkiego!

 

- Może. Może zwariowałem. A może to inni nie dostrzegają tego, co mają przed oczami? Widzisz, teraz już nie jestem taki pewny swoich teorii na temat Bidama. Zresztą, ja w ogóle unikam sztywnych sądów. Staram się być elastyczny. Wracając do tematu, nie wykluczam też innych możliwości. Może Bidam po prostu jest, jaki jest? Może ta dwoistość jego natury to cecha przyrodzona? To nie zmienia jednak faktu, że wszyscy postrzegają go cholernie jednostronnie. Niesłusznie.

 

- Z tobą jest gorzej, niż sądziłam! Bidam to dobry chłopak! Jest twoim przyjacielem! Potrzebuje pomocy, a ty... ty...

 

Franko chyba nie słucha, bo podejmuje temat kompletnie ignorując wybuch Heleny:

 

- Przecież on był w jednym z tych północnokoreańskich obozów. Żeby przeżyć robił rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Nie dlatego że chciał, czy miał jakikolwiek wybór. Robił, bo musiał. Nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić, przed jakimi wyborami stawał i jakie decyzje podejmował. Poprawka: do jakich życie go zmuszało. Nasze pojęcie o tym, co teraz dzieje się w jego ojczyźnie, jest bardzo mgliste. Mnie też to dotyczy. Nie wiem, jak Bidam żył i co go ukształtowało. Jedyne, czego jestem pewien to to, że nasz znajomy jest bombą z opóźnionym zapłonem. To się robi coraz bardziej widoczne. Maska zaczyna się obluzowywać. Co zobaczymy, kiedy spadnie? Twarz diabła, czy anioła? A może wcielenie chaosu? Tego nie wiem, ale zastanawiam się. Ty też powinnaś zacząć.

 

- Ty po prostu zgłupiałeś, Franko! Kompletnie, całkiem zgłupiałeś! Mówisz o nim takie rzeczy, podczas gdy on... on... on w ciebie wierzy, idioto! Dostrzega w tobie cechy, o które nawet bym ciebie nie podejrzewała! Widzi w tobie uczciwość! Zwyczajne, ludzkie serce! Widzi w tobie człowieka, a nie krwiożerczą małpę! Jak możesz tak mu za to odpłacać!? On wierzy w to, że jesteś w głębi serca dobry!

 

Butcher wstaje – spokojnie, prawie leniwie. Opiera się o ścianę przed nagle struchlałą Helenką i wbija w nią zimne spojrzenie.

 

- Co według ciebie czyni mnie dobrym, Hela? To, że pozwalam ci robić u mojego boku karierę? To mi w niczym nie szkodzi, a czasami pomaga. Może to, że przygarnąłem też Henia? On też się przydaje, więc gdzie w tym bezinteresowność? Wellington mi nie przeszkadzał i jeszcze powiększał moje zyski. Velvet i Elegance mają na ciebie dobry wpływ i też w niczym mi nie wadzą. Czy to, że mi nie przeszkadzacie i że doceniam waszą przydatność – czy to czyni mnie dobrym? Załóżmy nawet – tylko załóżmy - że darzę was jakąś sympatią: wtedy wasza obecność sprawiałaby mi przyjemność. Czy to czyniłoby mnie dobrym, czy byłoby oznaką egoizmu? Tak, staram się być uczciwy względem siebie i innych, nawet jeśli to trudne. Ale nie robię tego ze szlachetnych pobudek i umiłowania dobra. Robię to, bo kłamstwo mnie nuży. Kłamstwo jest trudne i czasochłonne, dlatego najczęściej wybieram prawdę. Prawda – nawet ta bolesna – jest dla mnie dużo prostsza. Oszukiwanie samego siebie jest poniżej mojej godności. I teraz też nie będę nikogo oszukiwał. Zdarza mi się zrobić coś dobrego – jak każdemu – ale nie można nazwać mnie „dobrym”. Bo widzisz, czegoś we mnie brakuje. Ludzie miotają się pomiędzy dobrem i złem, raz przechylając się na jedną, a raz na drugą stronę. Jeżeli zrobią komuś krzywdę, to w naturalny sposób zaczynają tego żałować. Niektórzy dopuszczają do siebie te wyrzuty sumienia i pozwalają, żeby wpływały one na ich dalsze postępowanie. Pozostali starają się je stłumić – z różnym skutkiem. Nie biorę tutaj pod uwagę jednostek kompletnie bezmyślnych, które nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swojego postępowania. Ja nie jestem bezmyślny. Wracając do wyrzutów sumienia: ja nigdy ich nie odczuwałem. I tutaj tkwi sedno problemu. Robiłem w życiu złe rzeczy – i to całkiem sporo. I nie żałuję absolutnie niczego. Zrozum mnie dobrze: ja nie duszę w sobie wyrzutów sumienia, ani żalu. Ja ich nigdy nie odczuwałem. Nie jestem do tego zdolny. Pamiętasz Armor Kinga? Posłałem go do szpitala chyba ze dwa lata temu. Może ucieszy cię wiadomość, że facet powoli dochodzi do siebie. Potrafi już nawet wstać z łóżka o własnych siłach, szczęściarz. Zajrzałem do jego szpitala z ciekawości, ale nic nie poczułem. Pomyślałem tylko, że ma niezłą opiekę. I to było wszystko. Wszedł mi w drogę i poniósł konsekwencje. Miał pecha. A ty rozważ to starannie, Hela: o mało nie zatłukłem na śmierć człowieka i prawie uczyniłem go kaleką na całe życie. Sprawiłem, że zapadł w śpiączkę, miesiącami srał w pieluchy i odżywiał się przez rurkę. I nie żałuję swojego czynu. Powiedz sama, czy to nie skreśla mnie z listy „tych dobrych”? Więcej nawet: czy nie czyni mnie przypadkiem socjopatą? Bo taki właśnie jestem: prę do przodu. Podejmuję świadome decyzje i w pełni akceptuję ich skutki. Bez cienia żalu. Po prostu nie odczuwam pewnych rzeczy. Nic na to nie poradzę, ja się taki urodziłem. Rozumiesz?

 

Helena zaczyna pociągać nosem, a jej oczy wypełniają się łzami.

 

- Nic nie rozumiem! Przecież jesteśmy przyjaciółmi! Dbasz o mnie, o Henia, o córkę...

 

Ton Rzeźnika nie zmienia się:

 

- A dlaczego miałbym tego nie robić? Zawsze dbałem o swoich. I nigdy nie miałem litości dla wrogów. Ty chyba zbyt dużo rozmawiasz ostatnio z Bidamem. On jest bystry i potrafi zauważyć rzeczy, które innym umykają. Ale nawet on nie dostrzega obrazu całości, popadając w niepotrzebną skrajność. Myślę że on ma to, czego mi brakuje – myślę, że jego sumienie działa jak należy. I chyba stąd jego problemy.

 

- Ja ciebie nie rozumiem Franko... czuję się, jakbyśmy rozmawiali o dwóch różnych rzeczach! Przecież on po prostu uderzył się w głowę. On ma halucynacje...

 

- Tak, to na pewno nie pomogło. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Pomyślałaś kiedyś, że ta dziewczyna za którą się ugania może być tylko kolejnym urojeniem? Że Bidamowicz nie rozróżnia już, co jest realne, a co nie? Że te jego tyrady na temat dobra i zła mogą być częścią problemu? Że wspólnie ze Stefanem porwali Josha i Elegance’a, żeby postawić mnie przed jakimś wyborem i coś mi uświadomić? Że...

 

- To nie Bidam oszalał, Franko! To tobie padło na mózg!

 

Zapłakana Helenka ma już dosyć tej rozmowy i po prostu wybiega z pomieszczenia. Butcher wypuszcza ją bez słowa. Chwilę później jego wzrok pada na śpiącego w najlepsza Velveta. Stylista trzyma w dłoni flaszkę, której zawartość jakimś cudem się nie wylała. Franko delikatnie sięga po „Pocieszycielkę” i rozgląda się za nakrętką. Znalazłszy ją, zamyka butelkę.

 

- Ona jednak nic nie rozumie, Lee. Nie zdążyłem powiedzieć jej najważniejszego. Nie wiem, czy mam rację co do Bidama. Skąd mogę wiedzieć? Spekuluję tylko. Może jest tak, że on jest po prostu chory i potrzebuje mojej pomocy. Pójdzie do lekarza, ten odstawi to swoje medyczne hokus – pokus, i wszystko wróci do normy. Ale mogę też mieć rację i Bidam rzeczywiście miota się pomiędzy dobrem i złem. Co wtedy? Będzie chciał odpokutować swoje czyny, czy zemścić się na całym świecie? Sęk w tym, że jest mi wszystko jedno. To dla mnie bez różnicy, ponieważ...

 

Nasz bohater zostawia butelkę na stoliku i kieruje się w stronę drzwi.

 

- ... nigdy nie opuściłem i nie opuszczę swojego kumpla w potrzebie.

 

 

 

 

 

27.04.2013. Thimphu, Bhutan.

 

 

- Proszę wejść – głos Helenki zionie chłodem niczym podmuch z arktycznego lodowca – Franko czeka na panią.

 

Cassandra Tisserant chyba nie spodziewała się takiego przyjęcia, robi jednak dobrą minę do złej gry i wchodzi do pomieszczenia, uśmiechając się przy tym nieśmiało. W połączeniu z letnią sukienką w którą jest ubrana, wygląda to całkiem uroczo. Apartament hotelowy, w którym umieszczono Rzeźnika, jest gustownie umeblowany i chociaż nie ocieka jakimś oślepiającym przepychem, to jednak postęp w porównaniu do poprzednich kwater zajmowanych przez naszego bohatera jest widoczny. Ma też sprawną klimatyzację, co nie jest pozbawione znaczenia – przez otwarte okno, obok którego stoi Franko, wlewa się fala gorąca. Zamaskowany jest ubrany w krótkie, sięgające do kolan spodnie i białą koszulkę na ramiączkach. Uważnym wzrokiem taksuje nowoprzybyłą i gestem wskazuje jej jedno ze znajdujących się w pomieszczeniu krzeseł. Sam zajmuje siedzenie stojące naprzeciwko.

 

- Dziękuję – kandydatka na reporterkę EWF z wdziękiem siada na skraju krzesła – doceniam fakt, że znalazł pan dla mnie czas.

 

- To ja już sobie pójdę – Helena wciąż odgrywa rolę królowej zimy – nie wydaje mi się, żebym była więcej potrzebna.

 

To mówiąc, opuszcza pomieszczenie. Cassandra wydaje się zmieszana zaistniałą sytuacją. Franko, jak to on – nie pomaga. Młoda reporterka bierze kilka głębszych oddechów, po czym obdarza rozmówcę zadziwiająco profesjonalnym uśmiechem i zadaje pierwsze pytanie:

 

- Możemy zaczynać?

 

- Proszę bardzo.

 

- Jak minęła podróż, panie Butcher?

 

- Tak sobie. Nie mogłem opuścić kraju incognito, a jako zawodnik EWF muszę wszędzie nosić maskę, no i jakiemuś geniuszowi się to nie spodobało. Potrzymali mnie parę godzin na lotnisku, podczas gdy nasi prawnicy się z nimi użerali. W końcu sprawę załatwił jeden telefon Tony’ego Hogańskiego, ale i tak musiałem polecieć następnym samolotem.

 

- Przykro mi o tym słyszeć. A jak pańskie wrażenia z pobytu w Bhutanie?

 

- Trochę tu parno, ale da się przeżyć. No i nie mogę się ruszyć z hotelu bez maski, bo wszyscy tutaj mają hopla na punkcie naszej federacji. Wszędzie jacyś ciekawscy, uśmiechnięci Azjaci – chcą pogadać chociaż ich nie rozumiem, wciskają mi jakieś prezenty, proszą o autografy – można powiedzieć, że jestem tutaj uwięziony. To dla mnie nowe doświadczenie, ale sobie radzę. Dbają tu o nas. W hotelu można sobie nawet normalne jedzenie zamówić – co prawda schabowy z czerwonym ryżem i sałatką z jakichś kwiatków to jednak nie jest do końca to, do czego przywykłem, ale mimo wszystko doceniam starania. Henio zaryzykował konfrontację z lokalną kuchnią i szybko tego pożałował. Już na starcie podziękował, kiedy mu podali słoną herbatę i gotowane racice świni. Nie może powiedzieć, że go nie ostrzegałem. Jak sobie przypomnę moją debiutancką galę w Tajwanie, to aż do dzisiaj coś mi się w żołądku przewala... no ale co ja się będę tutaj na takie tematy rozwodził. Było, minęło. Możemy tak sobie gawędzić radośnie aż do rana. Ale nasza rozmowa nieuchronnie zmierza w stronę Bane’a, więc może nie odwlekajmy tego dłużej.

 

- Oczywiście, to pan tutaj rządzi – uśmiech Cassandry potrafi być olśniewający, tylko że teraz chyba adresuje go do niewłaściwego człowieka – po ostatnim pojedynku z tym zawodnikiem czuje pan pewnie spory niedosyt?

 

- Niedosyt? Dlaczego?

 

Niezobowiązujący ton głosu Butchera chyba trochę zaskoczył jego rozmówczynię, która jednak stara się nie pokazywać tego po sobie. Teraz mówi ostrożnie, starannie dobierając słowa:

 

- Na przykład dlatego, że został pan oszukany. Bane wygrał dzięki oszustwu.

 

- Wcale nie – ton zamaskowanego nie zmienia się ani na jotę – to było całkiem uczciwe zwycięstwo.

 

Kandydatka na reporterkę nawet nie próbuje ukryć zaskoczenia, a Franko kontynuuje:

 

- Ładnie to zrobił: poszedł ze mną na zwarcie i udało mu się mnie zranić. Pani rozumie: kiedy ma się rozkwaszony nos, to trochę przeszkadza to w oddychaniu. On o tym wiedział, i prawdopodobnie zaplanował. Liczył na to, że się łatwiej zmęczę. Trochę się rozczarował – a bo to ja po raz pierwszy walczyłem z rozwaloną kichawą? Pozbierałem się i przejąłem kontrolę nad walką, a on zrozumiał, że jego koniec zbliża się wielkimi krokami. Więc wykonał „plan B” i rzutem na taśmę wykorzystał swoją ostatnią szansę. I nawet nieźle mu to wyszło, bardzo sprawnie. Miał chłopak sporo szczęścia, ale też sprytnie to sobie wymyślił. A takie zagrania jak to na końcu, zawsze były dla mnie elementem gry. Liczyłem się z tym, że jest zdolny do takich akcji, a jednak udało mu się mnie zaskoczyć. Nie było to jakieś wielkie ryzyko, bo stał już przecież na straconej pozycji i możliwość dyskwalifikacji już go nie przerażała. Ale wykazał sporo sprytu i determinacji, dzięki czemu wygrał swoją wielką szansę. No i jutro zawalczymy o najwyższą stawkę.

 

- No tak, Evolution Title...

 

- Nie o to mi chodziło.

 

- Rzeczywiście, przez chwilę zapomniałam o dodatkowej stypulacji... w razie przegranej traci pan maskę, prawda?

 

- Prawda, ale nie o to mi chodziło.

 

- W takim razie, o co? Przecież nie o Daemusin Title?

 

- Nie, nie o Daemusin Title – Rzeźnik wygodniej układa się na swoim krześle – chociaż na pewno cenię ten pas bardziej, niż Bane. Widzi pani, on po tym tak zwanym „zwycięstwie” nad tak zwanym „Psycho” chyba trochę stracił kontakt z rzeczywistością. No bo cóż dla niego – wielkiej nadziei młodego pokolenia – znaczy jakiś pomniejszy tytuł? Dla niego to pewnie tylko nic nieznacząca błyskotka. Woli chwalić się swoją porywającą wiktorią nad opasłym, przepitym wrakiem, który kiedyś był mistrzem. O ile to był w ogóle Psycho, w co trochę powątpiewam. Nie widziałem nic z Białego Diabła w tym spowitym kłębami dymu brzuchaczu, który poruszał się w ringu jak w zwolnionym tempie i wykonywał swój Air Force 666 z gracją ciężarnej klępy łosia spadającej z urwiska. Nie, to nie był Psycho. Nie ten prawdziwy. Takie zwycięstwo nic nie znaczy, chociaż Bane pewnie myśli, że jest inaczej. Nieprawda – dużo więcej dało mu zdobycie jakże niedocenianego ostatnio Daemusin Title. Dlaczego? Bo to dzięki niemu zapisał się na trwałe w historii naszej federacji. A to jego „wielkie zwycięstwo” nad wypalonym weteranem... kogo to będzie obchodzić? Są zawodnicy, którzy seryjnie zwyciężali z Biauym i notorycznie pokazywali mu miejsce w szeregu. I co? I nic. Nie podniecają się tym jakoś szczególnie i na pewno nie zamierzają budować na tym kariery. Pojedyncze zwycięstwa nie mają tak naprawdę znaczenia. Liczą się pasy. Tylko one mają jakąś wartość.

 

Franko jakby od niechcenia wskazuje stojący pod ścianą stolik, na którym spoczywają zdobyte przez niego trofea: EWF Tag Team Championship i EWF Evolution Championship.

 

- Mimo wszystko to nie pasy miałem na myśli mówiąc, że walczymy o najwyższą stawkę. Nie chodziło mi również o maskę, chociaż to bardzo ciekawy dodatek. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że „Zguba” pewnie myśli że dopiekł mi dorzucając ją do puli pojedynku na „Kwietniowej Anarchii”, podczas gdy tak naprawdę zrobił mi przysługę.

 

- Przysługę? Przyznam, że nie rozumiem...

 

- Już tłumaczę. Po pierwsze, odpowiedzmy sobie na pytanie: dlaczego noszę swoją maskę? Żeby coś ukryć? Nie. Żeby nawiązać do wrestlingowej tradycji? Może trochę, ale to też nie to. Więc dlaczego? Odpowiedź jest bardzo przyziemna: noszę maskę z wyrachowania. Z biegiem czasu taki gadżet potrafi nabrać wartości porównywalnej do niejednego trofeum. Zaczyna mieć znaczenie. Można postawić go na szali przeciwko jakiemuś tytułowi. Każda wygrana walka, której stawką była maska, tylko powiększa jej wartość i czyni z niej coś na kształt relikwii. Zaczyna pani rozumieć? Nie mogę szastać swoją maską – to przeciwnik musi wykazać inicjatywę. A Bane był tak uprzejmy, że dał mi okazję do uczynienia pierwszego kroku. Po zwycięstwie na „Kwietniowej Anarchii” moja maska nie będzie już tym, czym była wcześniej. Będzie trofeum, które obroniłem w walce. A to już pierwszy krok do tego, o czym mówiłem wcześniej.

 

- Rozumiem pański punkt widzenia. Ale wracając do meritum: co uważa pan za prawdziwą stawkę tej walki?

 

- Pasy są ważne, nie przeczę. W zasadzie to najważniejsze. Maska również ma swój ciężar gatunkowy. Ale moja walka z Bane’m będzie unikalna z innego powodu. To będzie walka o dominację. Przegrany będzie skazany na bronienie Daemusin Title gdzieś w dolnych rejonach przyszłych „Wrestlepalooz”, podczas gdy zwycięzca pójdzie w górę, wzbije się ku nowym możliwościom i nowym zdobyczom. Tak to rozumiem i prawdopodobnie mam rację. To walka o naszą przyszłość.

 

- Czy w związku z tym ma pan coś do powiedzenia swojemu przeciwnikowi przed waszym pojedynkiem?

 

- O tak, całkiem sporo. Zacznijmy może od podstaw: witaj Bane. Jestem Franko. W tym całym zamieszaniu przed naszym małym sparringiem zapomnieliśmy o konwenansach. Pewnie trudno ci w to uwierzyć, ale miło było cię poznać. Doceniam twoją inicjatywę w kwestii maski – można wręcz powiedzieć, że jestem twoim dłużnikiem. Jestem też pod wrażeniem twojej determinacji – w końcu noszenie w gaciach przez całą walkę wrzynającego się w strategiczne części ciała metalowego kastetu to jest jednak pewien wysiłek, a ty dałeś radę. Mam jednak nadzieję, że na tym nie kończy się twoja kreatywność, bo sam rozumiesz – w rewanżu nie wystarczy takie powielanie raz wykorzystanego wzorca. Tutaj musisz się lepiej zabezpieczyć – powiedzmy jakiś paralizator w majtkach, nóż w bucie i pałka teleskopowa w tyłku? Tak, to powinno pozwolić ci na wytrzymanie w ringu paru minut więcej. Bo o zwycięstwie nie masz co marzyć, przyjacielu – postawmy tutaj sprawę jasno – na to jesteś zbyt słaby, tchórzliwy i głupi. Wybacz te oklepane inwektywy ale nie używałbym ich, gdyby tak dobrze do ciebie nie pasowały.

Pokonałeś mnie szczęśliwie, ale dosyć sprawnie. I to tyle, jeżeli chodzi o twoje atuty. Kiedy przyszło do tradycyjnego mordobicia potrzebowałeś metalowego asa z rękawa – pardon: z gaci – żeby zadać mi cios, który można było nazwać mocnym. W walce przeczytałem cię dosyć szybko, co doprowadziło do mojej dominacji pod koniec starcia. W parterze jesteś do dupy, co zresztą było jednym z powodów, dla których wybrałeś taki a nie inny rodzaj pojedynku. W rewanżu nie będę już miał takich ograniczeń i jestem w stanie połamać cię na więcej sposobów, niż jesteś to sobie w stanie wyobrazić. Zazwyczaj używam dosyć prostych dźwigni, ale bierze się to z tego, że po prostu nie muszę stosować niczego bardziej wymyślnego. Kto wie – może zmusisz mnie do pokazania czegoś wyszukanego? Przewyższam cię w ringu co najmniej o klasę i jest to rzecz tak oczywista, że aż nie chce mi się dłużej na ten temat rozprawiać. Będziesz potrzebował tony szczęścia i kolejnego „diabolicznego” planu, żeby móc chociaż pomarzyć o próbie pokonania mnie.

Dlatego nazywam cię słabym.

Twoim jedynym prawdziwym sukcesem jest zdobyty przez ciebie przypadkowo Daemusin Title. Poza tym wsławiłeś się tylko dobiciem zdychającego Białego Diabła i zastraszaniem pracowników EWF. Mój ty bohaterze. To są najczęściej ciężko pracujący ludzie, dla których takie wypierdki jak ty są tylko przejściową niedogodnością, która jednak może przerodzić się w zagrożenie. I nie chodzi o to, że możesz kogoś pobić, czy zastraszyć. Nie. Największym zagrożeniem dla takiego człowieka jest to, że mogą mu puścić nerwy i wyrżnie pięścią w tą twoją błyszczącą od samozadowolenia gębę. Ty stracisz zęby, a on robotę. A praca w dzisiejszych czasach – rzecz święta. Z czego zresztą świetnie zdajesz sobie sprawę i z rozmysłem wykorzystujesz. W dzieciństwie pewnie wyrywałeś muchom skrzydełka, przypiekałeś mrówki szkłem powiększającym i dręczyłeś koty, co? Jestem pewien, że gustowałeś w takich rozrywkach bo to, co odstawiasz poza ringiem prezentuje podobny poziom. To taka głupia, małpia złośliwość, która do niczego nie prowadzi. Zwykły z ciebie ścierwojad, nic więcej. Oczywiście doceniam rolę padlinożerców – tacy jak ty są ważni w naszym federacyjnym ekosystemie – ale muszę też dopilnować żebyś zrozumiał, gdzie jest twoje miejsce. Powiedz mi, dlaczego wybrałeś Psycho? Ja wiem – wybrałeś go, bo był słaby i chory, a ty nie mogłeś przegapić takiej okazji. A dlaczego nie spróbowałeś szczęścia z Toolem i Szakalem? Bo wiedziałeś, że cię rozdepczą jak karalucha. Gdzie się podział ten zadziorny Bane, kiedy doznawał upokorzeń? Był zajęty. Krwawił. A później? Czy szukał zemsty? Czy rzucił wyzwanie tym, którzy mu to zrobili? Nie, po prostu stulił uszy po sobie i gładko przełknął upokorzenie. Stał się za to biczem na pracowników technicznych i reporterów EWF. Na tych, którzy nie mogą go dosięgnąć i z którymi można się „pobawić” bez poniesienia większych konsekwencji.

Dlatego nazywam cię tchórzem.

Szczerze mówiąc, bardzo przypominasz mi Aero. On też miał taki okres w życiu, kiedy robił za padlinożercę. W zasadzie to przejąłeś po nim schedę, kręcąc się po korytarzach naszej federacji, węsząc, klucząc i szukając okazji. W przypadku Toola i Szakala dostawałeś po grzbiecie i uciekałeś z podkulonym ogonem. To świadczy o tchórzostwie, ale też o dobrze rozwiniętym instynkcie samozachowawczym, i pewnego rodzaju sprycie. Lis też jest sprytny, kiedy podkrada się do warchlaka, ale spierdala przed dorosłym odyńcem bo wie, że ten go zabije. I to jest już spryt połączony z rozwagą, której ci w pewnym momencie zabrakło. Kontynuując moje zoologiczne porównania, które dopadły mnie chyba przy okazji walki z człowiekiem oznaczającym świeżo zdobyty teren własnym moczem: porywając się na mnie wcielasz się w rolę rybołowa który staje w obliczu śmierci, bo ryba w którą nieopatrznie wbił szpony okazuje się monstrualnym sumem, który go wciąga w głębinę. Jedyną szansą podniebnego łowcy jest wyciągnięcie szponów, innej opcji brak. Pakując się w walkę z Rzeźnikiem stajesz przed podobnym dylematem: odpuścić albo zginąć. Innej możliwości nie masz, bo jestem dla ciebie zbyt wielki, zbyt silny i zbyt zmotywowany, podczas gdy twoje skrzydła odmawiają posłuszeństwa, płuca wypełniają się wodą, chłód przeszywa ciało, a oczy ogarnia wieczna ciemność. To koniec. Koniec. Ten jeden raz źle wybrałeś ofiarę, ten jeden raz nie zapewniłeś sobie drogi ucieczki. Przegrasz, bo niewłaściwie oceniłeś sytuację.

Dlatego nazywam cię głupcem.

I żeby to było jasne: nie wierzę, ze pomożesz mi w odnalezieniu Wellingtona. Pozwoliłem ci na tą małą gierkę bo byłem ciekawy, gdzie nas to zaprowadzi. No i całkiem nieźle poznałem cię przed naszym prawdziwym pojedynkiem. Wiem już, na co cię stać. W oparciu o tę wiedzę stawiam jedyną możliwą diagnozę:

 

Zamaskowany robi dramatyczną pauzę, po czym paskudnie się uśmiecha:

 

- Skopię ci dupsko, sukinsynu.

  • Odpowiedzi 0
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

  • Grishan

    1

Popularne dni

Top użytkownicy w tym temacie

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Recent Posts

    • Jeffrey Nero
      Słyszałem plotkę o kolejnym tajnym spotkaniu w Orlando T. Khana z niejakim Shanem McMahonem, który od marca ma zostać pierwszym w historii GM AEW.
    • Jeffrey Nero
      Nigdy nie mów nigdy w wrestlingu...
    • IIL
      AJ'a czeka co najwyżej transfer do TNA. Byłby to generalnie genialny pomysł - przegrana z Guntherem na Rumble i "odejście" od WWE, ale za to definitywne zakończenie kariery w ich rozwojówce. Styles mógłby zdobyć tam w poetycki sposób jeszcze raz główny pas, itd i pojawić się kilka razy w tym roku, co bardzo wywindowałoby ten brand do góry.  Na AEW i walkę z Omegą oraz reunion z Bucksami nie ma szans.  
    • Jeffrey Nero
      Tak tylko to wrzucę   
    • GGGGG9707
      Mi się właśnie wydaje że to doprowadzi do odejścia Balora. Od kontuzji Doma było mówione że do RR zdąży wrócić więc jego wejście w walce jest niemal pewne (co nie będzie jakąś dużą niespodzianką bo wszystkie informacje podawały że na Rumble wróci). Balor nie przypadkowo dowiedział się na RAW że nie ma dla niego miejsca w RR Matchu a do tego te promo Liv do Balora. Typuję że albo Dom będzie w RR Matchu i go koncertowo przegra co zdenerwuje Finna że znowu Dom dostaje szansę mimo że ma już pas albo
×
×
  • Dodaj nową pozycję...