Impact Wrestling z drugą tygodniówką? Koniec ... (zobacz)
James Storm o nadchodzącym debiucie w WWE, ch... (zobacz)
Wieści z Raw - dwa title matche, kontynuacja ... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Attitude Era Rewatch - dyskusje
Autor Wiadomość
hadaszyszek 
Midcarder



Wrestler: Randy Orton, CM Punk, SCSA
Dołączył: 29 Gru 2009
Posty: 789
Podziękował: 8
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Siemianowice
Wysłany: 2020-06-04, 11:57   Attitude Era Rewatch - dyskusje

No siema. Dawno nie odwiedzałem tego forum i z ciekawości sprawdziłem, czy jeszcze żyje i stoi. Okazuje się, że tak, a i kilka znajomych nicków dalej coś tu pisze, pomimo przeniesienia większości aktywności Atti do facebookowej grupy Wrestling Polska. Stwierdziłem zatem, że może warto założyć taki właśnie wspominkowo-historyczny temat.

Otóż na wspomnianej facebookowej grupie wyszedłem z inicjatywą rewatchu Attitude Ery, od której to przecież wzięła się nazwa tegoż to miejsca. Co parę obejrzanych miesięcy spisywałem swoje przemyślenia na temat okresu, który właśnie zobaczyłem, licząc na wywołanie jakiejś dyskusji. Sukces jest umiarkowany, bo i fanów wrestlingu też jest już zauważalnie mniej. Mimo wszystko myślę, że warto te posty spróbować też zamieścić i tutaj, bo z tego co widzę forum jeszcze całkiem nie umarło (choć na pewno w najlepszej kondycji też nie jest).

A zatem:

#AttitudeEraRewatch Część 1. Omawiany okres: 01.01.1996 - 19.03.1996

Nuda na kwarantannie dopadła i mnie, więc stwierdziłem, że zrobię sobie powtórkę z historii. Obecnego WWE nie oglądam już ponad dwa lata, ale z tego co słyszę, niewiele tracę. Doszedłem zatem do wniosku, że skoro jest okazja (i darmowy pierwszy miesiąc na WWE Network z wszystkimi historycznymi galami), to można sobie powtórzyć najbardziej gorący okres w historii wrestlingu, czyli Attitude Erę. Za cel postawiłem sobie ogarnąć gale przynajmniej do czasów świetności Ruthless Aggression, więc sporo oglądania przede mną.

Pierwsza rzecz, która mnie rozczarowała - na Networku brak możliwości oglądania gal chronologicznie, bo wszystko jest podzielone federacjami (nie można więc sobie zatem puścić automatycznie WCW, WWF i ECW tak jak wychodziły i trzeba te gale znajdować ręcznie). Z pomocą jednak przychodzi tu niezawodny Reddit, więc jeżeli ktoś chce do mnie dołączyć, to zapraszam. [TUTAJ] link z tabelami lat, gdzie gale 'Wielkiej Trójki' są ustawione chronologicznie wraz z podanymi od razu odnośnikami do ich obejrzenia na Networku

Ja sam zacząłem od roku 1996, czyli okresu zaraz przed rozpoczęciem Attitude Ery. Mam za sobą pierwsze dwa miesiące i zbliżam się powoli do WrestleManii 12. W związku z tym nasunęło mi się kilka przemyśleń, które chciałem gdzieś napisać - a gdzieżby lepiej to zrobić niż na tym forum. Jeżeli zatem ktoś pamięta ten okres lub chciałby sobie go przypomnieć (lub w ogóle zacząć oglądać go po raz pierwszy), powymieniać się uwagami i przez to trochę ze mną o tym podyskutować, to gorąco do tego zachęcam. Możemy pooglądać to "prawie że razem", jeżeli ktoś by chciał :)

A zatem, kilka moich przemyśleń po obejrzeniu produktów WCW, WWF i ECW ze stycznia i lutego 1996 roku. Od myślników:

- Zacząłem od 1 stycznia 1996.

- Widać, że oba produkty nie są jeszcze maksymalnie ekscytujące. Dalej przeważa siermiężny wrestling oparty na headlockach, a pojedynki odbywają się często bez jakiejkolwiek stawki. Z WWF odpadły jednak w większości notoryczne squash matche, obecne w nagminnej ilości w poprzednich latach, więc widać, że produkt idzie ku lepszemu (w porównaniu z tragiczną pierwszą połową lat 90. u Vince’a).

- Kolejnym dowodem na brak tej ‘maksymalnej ekscytacji’ jest to, że pomimo wspomnianego siermiężnego stylu zarówno Nitro, jak i RAW trwają tylko godzinę (czyli bez reklam ok. 45 minut). Daje to zatem naprawdę mało czasu na ekscytujące rzeczy, które posuwają storyline’y do przodu, czyli kreatywne segmenty i proma. Dalej częste są pojedynki o nic, które zabijają czas antenowy (nawet tak mały jak te 45 minut).

- W bezpośrednim porównaniu produktów Vince’a i Turnera minimalnie lepiej moim zdaniem wypada WCW. Poszczególne segmenty i mecze są zauważalnie krótsze, przez co tempo jest żywsze i lepiej się to ogląda.

- Jest zauważalna różnica w starpowerze gwiazd na korzyść WCW. To czas kiedy w WWE jedynymi interesującymi postaciami są tak naprawdę Bret Hart, Shawn Michaels i Undertaker. Reszta mocno odstaje (może jeszcze Diesel się wyróżnia). Vinnie próbuje kreować nowe gwiazdy (debiut i mocna dominacja Vadera), ale raczej średnio mu to wychodzi. Stone Cold, który potem zmieni całe oblicze tej wojny, na razie ledwo co debiutuje pod skrzydłami Million Dollar Mana i to jako nudnawy Ringmaster. Za to u konkurencji? Hogan, Flair, Savage, Sting, Luger, Anderson, Giant. Niby stara gwardia (poza tym ostatnim), ale chociażby po reakcji publiki słychać, że dalej trzymająca fanów w garści i ociekająca ogromną charyzmą. Proma po dłuższym czasie wydają się jedynie trochę zabawne – przypomina mi to lata 80., gdzie dosłownie każdy wtedy z całych sił wrzeszczał. Tu też tego jest sporo i w tym względzie widać dużą różnicę w porównaniu do WWF, gdzie wrestlerzy w większości gadają już jak ludzie, a nie nasterydowani kosmici.

- Za każdym razem jak obie federacje po sobie jadą pojawia mi się banan na twarzy. Rzeczywiście była to wtedy wojna telewizyjna jak się patrzy. W 1996 dopiero co prawda w początkowej fazie, ale widać, że i w tym okresie już mocno iskrzy (komentatorzy WCW regularnie obsmarowują fedkę Vince’a, zaś w odwecie WWF pokazuje serię segmentów z ‘Billionaire Tedem’, parodiującą to, że Turner podkupuje samych emerytów).

- Najciekawiej wygląda natomiast zdecydowanie ECW. Na początek jednak o wadach tej fedki. Nie jestem fanem samych walk, które są niezwykle chaotyczne i przez większość czasu nie wiadomo co się dzieje. Nie jestem też fanem tego, jak po macoszemu traktowane są tytuły i jak prawie nikt nie zwraca na nie uwagi (do tej pory nie zakodowałem kto jest mistrzem Tag Teamów, wiem jedynie, że przechodzący do WWF Mick Foley stracił te tytuły na rzecz drużyny, która potem przez miesiąc się nie pokazywała). Raven, mistrz, ma tak naprawdę gdzieś fakt, że jest mistrzem i gdyby nie pas na brzuchu, służący nieco jako dekoracja, kompletnie bym nie kojarzył, że w tej federacji w ogóle się dzieją jakiekolwiek walki o jakiekolwiek tytuły. Pierwsze skrzypce grają storyline’y o zdradzie, krew, gadanie o spermie, więcej krwi i rozwalanie stołów. I nie żebym miał coś przeciwko, ale fajnie by było, gdyby trochę bardziej akcentowano znaczenie pasów (lub, jeżeli ma to przeszkadzać, pozbycie się ich w ogóle, skoro i tak niemal wszyscy mają je w dupie).

- Ale to w sumie wszystkie wady ECW. Zalet jest zdecydowanie więcej i w obecnym okresie (do WrestleManii 12) ta federacja ma zdecydowanie najbardziej angażujący produkt. Widać braki budżetowe i to, że Joey Styles ciągnie niemal całą narrację show na swoich barkach (zdecydowanie najczęściej pojawiająca się postać z najdłuższym czasem antenowym), ale nie przeszkadza mi to jakoś bardzo, bo zawsze typa lubiłem. Jego ‘Oh My GOOOD!’ jest trochę nazbyt teatralne, ale nie razi mnie ono wielce i, tak w sumie, jest już chyba ikoniczne i w specyficzny sposób naprawdę pasujące do stylu tego całego produktu. Proma w ECW są zdecydowanie najbardziej naturalne, nie ma w nich nic sztucznie wrestlingowego (jak to jest widoczne w WCW). Oczywiście spory w tym udział częstego i mocnego przeklinania. Wulgarny język według mnie w większości przypadków zrobiony jest całkiem spoko i nie znajduje się tam tylko po to, by się znajdować (i swoim znajdowaniem szokować), ale przede wszystkim po to, by dodać wiarygodności. Co się zazwyczaj udaje.

- Jedna rzecz, której mimo wszystko żałuję: Styles nie ma kompana za stołkiem komentatorskim, co skutkuje często ‘dead airem’, czyli ciszą, która trochę zabija mi feeling ekscytacji. Nie wiem czy później się to zmienia (z produktem ECW jestem najmniej zapoznany pod względem historycznym), ale mam nadzieję że tak i Styles, jako całkiem przyzwoity announcer, dostanie do pary kogoś, kto zrobi przyzwoitą robotę na ‘kolorze’ i wypełni te luki, w których obecnie jest niezręczna cisza.

- Luźne przemyślenie: Sandman to prototyp Austina i Vince kreując Stone Colda ‘pożyczył’ sobie od tej postaci zdecydowanie więcej niż powinien, by można było to nazwać jedynie inspiracją. Z drugiej strony – aktor grający tę rolę jest zdecydowanie lepszy w WWF, więc trudno mi to nadmiernie krytykować.

- Do tej pory we wszystkich trzech produktach zdecydowanie największe i najbardziej pozytywne wrażenie zrobił na mnie Pillman i jego workshootowe promo po zwolnieniu z WCW i powrocie do ECW, gdzie chciał się odlać na ring. No geniusz na micu po prostu - i piszę to bez cienia ironii. Gość zrobił wulgarnego Pipe Bomba piętnaście lat przed Pipe Bombem i jednocześnie we wspaniały sposób zantagonizował do siebie publikę, która na początku go cheerowała. Btw: wiem już, skąd wzięło się określenie ‘smart mark’ (albo przynajmniej kto je tak spopularyzował). Dzięki, Pillman ;)

I to na razie tyle. Zabieram się za okres stricte WMkowy. Z chęcią zobaczę czy 60 minutowy Iron Man Match Breta z HBKem przetrwał próbę czasu.

Wszystkie powyższe uwagi bierzcie z zastrzeżeniem, że te produkty i tak są jakieś milion razy lepsze od współczesnych RAW i SD. I to naprawdę widać. Jedynie technologia jest odrobinę przestarzała, ale cała reszta wyprzedza o lata świetlne poziom obecnego Dablju. Bardzo zachęcam zatem do powtórki razem ze mną. Jedna rzecz tylko: styczeń 1996 to cały czas okres, gdzie często pojawiają się nudne mecze bez stawki z dość siermiężnym wrestlingiem – jeżeli więc nie jesteście ringowymi ‘koneserami’, to przewińcie sobie po prostu większość z nich (na WWE Network jest zbawienna opcja ’10 sekund do przodu’) i czekajcie na te naprawdę ekscytujące mecze (też są i to wcale niemało) oraz na proma i segmenty. Powinno się to Wam wtedy oglądać naprawdę bardzo przyjemnie - w każdym razie ja się nie nudzę.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tutaj wspomniane promo Pillmana:

Odnośnik do Youtube


Pozdrawiam i tradycyjnie zachęcam do dyskusji :)



[ Dodano: 2020-06-04, 12:02 ]
#AttitudeEraRewatch Część 2. Omawiany okres: 24.03.1996 (WCW Uncensored) - 07.07.1996 (WCW Bash at the Beach)

Połknąłem kolejne parę miesięcy w moim rewatchu Attitude Ery na WWE Network i mam nową porcję przemyśleń na temat tego okresu, którymi chcę się z Wami podzielić. W sumie jak tak się nad tym dłużej zastanowię, to cały czas nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo te produkty się niesamowicie różnią od dzisiejszego WWE. Ale od myślników:

- Ostatnim razem skończyłem na dwa tygodnie przed WrestleManią 12. Zanim jednak o niej, parę słów o PPV WCW, które ta organizacja popełniła w międzyczasie, czyli Uncensored 1996. A właściwie o jednej BARDZO dziwnej walce w main evencie. Otóż w feudzie, który był na tyle nudny, że w sumie sporo z niego przewinąłem i na tyle zagmatwany, że trudno określić o co w nim dokładnie chodziło, dostaliśmy w walce wieczoru tej gali coś, co nazwano Doomsday Cage Matchem. W największej klatce, jaką widziałem do tej pory na oczy, a wrestling oglądam sporo czasu, dostaliśmy drużynową (?) walkę (??), której zasady (???) chyba nigdy nie istniały, bo nikt się nie pofatygował ich stworzyć. Oto w tej imponującej stalowej konstrukcji, jakieś dwa razy większej niż Hell in a Cell (!), złożonej z kilku osobnych klatek i trzech pięter (!!), do której to wchodzi się po rusztowaniu (!!!), zamkniętych zostało kilka tag teamów. Po rozpoczęciu pojedynku jedyne co wrestlerzy w tym dziwacznym czymś robili, to wymieniali punche, bo każdy z nich bał się przyjąć jakiegokolwiek mocniejszego bumpa (cała konstrukcja była zrobiona z metalowego drutu). W teorii na początku wyglądało to fajnie i imponująco, w praktyce... to była jedna z najgorszych walk jakie widziałem w życiu. O co w tym, kurwa, chodziło? Ktoś wie? Na żadnym etapie komentatorzy, ring announcerzy, Michael Buffer, ani nikt inny nie pofatygowali się poinformować widzów, jakie są zasady tego pojedynku. Jak się go wygrywa? Czemu ci ludzie są zamknięci w osobnych pomieszczeniach? W jaki sposób się wydostają? Coś? Cokolwiek? A takiego wała, domyśl się sam.

Ostatecznie drużyny w jakiś sposób (?) wydostały się z tej idiotycznie pomyślanej, choć imponująco wyglądającej konstrukcji i zeszły do ringu, gdzie na końcu wygrał Hulk Hogan z Macho Manem. Okazało się, że ten ostatni zdobył na kimś pinfalla. Problem w tym, że nie było tego widać i kamera tego w sumie nie zarejestrowała (tzn. zarejestrowała, ale z tak gównianego ujęcia i przez plecy dwóch innych wrestlerów, że generalnie dalej nie wiem co tam się stało). I tyle. Z jakiegoś powodu Macho Man nagle kogoś przypiął na środku ringu kiedy wszyscy przemieścili się już tam z tej dziwnej klatki (z tego co zauważyłem sędzia wcześniej nie odliczał pinfalli, więc nie wiem dlaczego akurat ten ostatni był inny niż reszta)... i to tyle. Wha...?

- WrestleMania 12. Sama w sobie była moim zdaniem bardzo średnia, jak samo WWF wtedy, ale jak już opisałem Wam wyżej, u Turnera nie było zbytnio lepiej. Galę ratował natomiast main event, czyli 60 minutowy Iron Man Match Breta z HBKem. W poprzednim poście zastanawiałem się, czy pojedynek ten przetrwał próbę czasu. Odpowiedź? W sumie... średnio. W annałach WWE jest on uważany za absolutny klasyk i jedna z najlepszych walk w historii. I pod względem technicznym może tak rzeczywiście jest; problem w tym, że przez pierwsze pół godziny prawie nic się nie dzieje. Widać, że obaj wrestlerzy raczej oszczędzają się na drugą część walki. Poza tym, remis 0-0 w tego typu pojedynku zawsze jest moim zdaniem trochę słaby (pamiętałem co prawda, że ta walka zakończyła się remisem i dogrywką, ale kompletnie wyleciało mi z głowy, że był to remis całkowicie bezpunktowy). Mimo wszystko, kiedy po 30 minutach tempo znacząco przyspieszyło, była to uczta dla oczu. Psychologia ringowa na najwyższym poziomie, obaj workerzy mieli publikę jedzącą im z ręki, a emocje związane z założonym na ostatnie 30 sekund Sharpshooterem przez Breta były zajebiste. Booking tego meczu do dziś robi wrażenie - poza tym, że sam mimo wszystko rozpisałbym parę pinfalli i remis punktowy. Oczywiście w dogrywce wszystko skończyło się tak, jak wszyscy wiedzą, że musiało się skończyć i ostatecznie "The boyhood dream has come true". Bezsprzecznie klasyk, który można z emocjami połknąć i dzisiaj, ale którego pierwsze pół godziny są jednocześnie w sporej większości do przewinięcia (opcja "10 sekund do przodu" na Networku po raz kolejny okazuje się tu być zbawienna - ten kto na nią wpadł powinien dostać podwyżkę).

- A co było potem? W sumie do połowy maja... nic specjalnego. Oba produkty mocno obniżyły moim zdaniem poziom. Feudy były sztampowe, nic się ciekawego (poza debiutem Mankinda) nie działo. Oglądałem na mocnym przewijaku.

- W międzyczasie Nitro przeszło już na format dwugodzinny. Dodając do tego, że tygodniówka WCW jest na żywo, a godzinne RAW jest nagrywane wcześniej, widać sporą różnicę w poziomie „ekscytacji”, jakie oba show wywołują. I jakoś tak automatycznie prestiż Nitro przewyższył w moich oczach prestiż RAW.

- Niesmacznie potraktowany został Diamond Dallas Page, który powinien mieć title shota za wygranie Lord of the Ring, ale któremu z dupy go zabrano i podarowano Lugerowi, a sama postać DDP nie miała za bardzo nic przeciwko. Lugerowi. Temu samemu, który to title match z Giantem miał zaledwie tydzień wcześniej. Głupie to. Skoro nie chcieli dać midcarderowi szansy na walkę o pas WHC, to nie powinni mu dawać wygrywać tego turnieju. Zachowując odpowiednie proporcje w prestiżu: to w sumie tak jakby Royal Rumble gdzieś w okolicach 2009 roku wygrał Punk, ale zabrano by mu z dupy title shota i dano Cenie. Niekonsekwencja bookerska, która razi w oczy.

- Przejdźmy na chwilę do ECW. Bill Alfonso, menadżer Taza, jest okropnie wkurwiający i mam na ten temat bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony, taka jego rola, bo jest heelem. Jeżeli nie wiecie kto to - typ był, zdaje się, byłym sędzią, który w jakiś sposób został menadżerem niszczącego wszystkich na swojej drodze Taza. Nosi ze sobą strasznie wkurwiający gwizdek, ma okropnie wyglądające żółte zęby i jest sepleniącym i plującym się chudzielcem, którego każde promo przypomina proma Vickie Guerrero. W trakcie pojedynków i segmentów z Tazem stoi z boku i niemal BEZ PRZERWY używa tego PIERDOLONEGO GWIZDKA, przez co spora część pojedynków Taza jest nie do oglądania jeżeli się ich nie wyciszy. I niby z jednej strony gość spełnia swoje zadanie, bo bardzo chcę, żeby ktoś w końcu poważnie obił jego mordę, a ten zjebany gwizdek wcisnął mu w dupę - więc jako heel sprawdza się teoretycznie dobrze. Ale z drugiej strony jest to podobny heat, jaki zbierała swego czasu Vickie Guerrero. Wrzeszczenie na cały głos i sprawianie, że nie da się oglądać tygodniówki kiedy jesteś na ekranie nie jest do końca tym, czego oczekuję od ciebie jako jednego z aktorów show, przy którym powinienem się bawić i dobrze spędzać czas. Więc choć rozumiem myślenie Heymana, to jednak jebać Billa Alfonso i mam nadzieję, że za niedługo zniknie z tego produktu.

- Storyline z „Franchise” Shanem Douglasem mającym w dupie ECW TV Title jest przepiękny i myślę, że więcej razy ten motyw w historii wrestlingu powinien być wykorzystywany. Mityczny „szacunek dla pasa” jest dla mnie mocno zabawny w sytuacji, kiedy wrestling to przede wszystkim reality show. Widoki wrestlerów cieszących się np. ze zdobycia US Title w WWE w momencie, w którym ten tytuł był prawie nic niewarty, a ich pozycja w karcie zdecydowanie wyższa niż ten pas by sugerował, zawsze wydawały mi się cholernie niewiarygodne, nie na miejscu i niszczące immersję tego, że ta rozrywka mogłaby być prawdziwa. A tu 25 lat temu przychodzi taki Shane Douglas, jest w bardzo podobnej sytuacji (wartość TV Title ECW jest prawie że zerowa) i obchodzi się z tym tytułem tak, jak powinien – czyli otwarcie na niego pluje i mówi w promach, że go nie chce, ale i tak nikt z midcarderów nie potrafi mu go zabrać. Wspaniała heelowa zagrywka, która powinna była być częściej stosowana w historii wrestlingu.

- Nareszcie debiut Halla - story z Outsiders w WCW nabiera rumieńców. W tym samym czasie w WWF Stone Cold 17 czerwca, na ostatniej tygodniówce przed słynnym KOTR 1996, po raz pierwszy używa Stunnera na Savio Vedze (choć jeszcze nie jest nazwany przez komentatorów Stunnerem – McMahon używa tu swojego słynnego „What a maneuver!”).

- Nie sądziłem, że od debiutu Halla i Nasha w WCW do KOTR 96 z Austinem minęło aż tak niewiele czasu. Wydaje się, że jakkolwiek nudne nie byłyby ostatnie dwa miesiące, tak teraz pędzimy na złamanie karku w obu głównych federacjach. A na boku ECW robi sobie oczywiście swoje, od czasu do czasu prezentując przebłyski geniuszu różnych wrestlerów w hardcore’owych walkach i segmentach – parę razy dostaliśmy Pillmana za micem, walka RVD z Sabu była super, no i większość segmentów Steviego Richardsa jest naprawdę całkiem zabawna (a już ten, w którym razem z Blue Meaniem parodiowali Stevena Regala i segment tego ostatniego z dosłownie poprzedniego Nitro był cholernie dobry). Swoją drogą, kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że warto było oglądać wszystkie trzy tygodniówki, bo naprawdę sporo jest pomiędzy nimi fajnych smaczków i odniesień.

- KOTR 96: W openerze SCSA vs Marc Mero Jim Ross po raz pierwszy używa nazwy „Stone Cold Stunner”. Powoli z nudnego Ringmastera Austin przekształca się w znanego nam wszystkim Rattlesnake’a. Fajnie obserwować ten proces.

- Wygrana Stone Colda z Jakiem Robertsem i późniejsze legendarne promo z Austin 3:16 faktycznie były sporym punktem zwrotnym. Przez wcześniejsze trzy-cztery miesiące, od czasu debiutu jako Ringmaster, Austinowi nie dano mikrofonu ANI RAZU. Gość nie miał ani jednego proma, gdziekolwiek, kiedykolwiek – na zapleczu, w ringu, nic. Za każdym razem jego robotą było stanie z groźną miną za DiBiasem, który mówił za niego. Minimalny przełom nastąpił na ostatniej tygodniówce przed KOTR, kiedy po raz pierwszy byliśmy w stanie usłyszeć chociaż jego głos – usiadł wtedy za stołkiem komentatorskim. Jednak wtedy też się jakoś sporo nie nagadał, bo McMahon, komentujący pojedynek, bezustannie go ucinał – widać było jak na dłoni, że prikazem z góry było ograniczenie Stone Coldowi jakiejkolwiek interakcji z micem. I dlatego właśnie to promo po wygraniu King of the Ring 96 smakuje jeszcze lepiej – miał to być standardowy heelowy wywiad po wygraniu turnieju, a tymczasem gość walnął zajebisty monolog z kilkoma użytymi po raz pierwszy catchphrase’ami, które nie tylko się później przyjęły, ale wręcz zmieniły ostatecznie historię wrestlingu (oprócz słynnego „3:16” to był pierwszy raz, kiedy SCSA użył na końcu „And that’s the bottom line…”). Były to narodziny Stone Colda jakiego potem cała publika pokochała i który później był jednym z głównych powodów, dzięki którym Vince był w stanie ostatecznie pokonać Turnera.

- No a oprócz tego wszystkiego na tej samej gali dostaliśmy debiut Pillmana w WWF. Kiedy oglądałem różne historyczne dokumenty opowiadające o okresie Attitude Ery postać Briana przewijała się co prawda całkiem sporo razy (najczęściej w kontekście słynnego segmentu z SCSA i bronią), ale nigdy nie zatrzymałem się nad tym, by jakoś typa głębiej docenić. Wydawał mi się z tamtego okresu dość zwykłym workerem, który potem niestety tragicznie skończył. Jednak po obejrzeniu pierwszej połowy roku 96, jego akcji w WCW z „Booker Manem”, później paru genialnych prom w ECW i teraz debiutu w WWF, Pillman wyrasta na razie w moich oczach na bezsprzecznie najciekawszą postać tamtego okresu i Most Valuable Playera pierwszej połowy roku 96, który swoimi mic skillami kradnie show prawie za każdym razem kiedy się pojawia. Obecnie zdecydowanie mój ulubiony wrestler, protoplasta prawdziwego gimmicku Loose Cannona, który – teraz to dostrzegam z perspektywy czasu – bardzo nieudolnie był podrabiany przez Deana Ambrose’a.

- Winiety reklamujące debiut Glaciera w WCW, przedstawiające go jako niemal żywą kopię Sub-Zero z Mortal Kombat, są niezwykle zabawne :)

- Disco Inferno jest wspaniałą postacią i piszę to bez cienia jakiejkolwiek ironii. Kompletnie się nie przejmuje porażkami, a na pierwszym Nitro po WWFowym KOTR przerwał pojedynek dwóch jobberów, który kompletnie nikogo nie interesował, by sobie wbić do ringu i potańczyć. Glenn zarąbiście wczuł się w tę postać i za każdym razem jak się pojawia na ekranie mam banana na twarzy.

- W międzyczasie muszę pochwalić także motyw z jąkającym się Bubbą Rayem w ECW, który był naprawdę pomysłowy. Za każdym razem, kiedy ten miał wymówić swoje imię tak bardzo zaczynał się jąkać, że fani nigdy go nie poznawali (kończyło się zawsze na „My name is buh… buh… buh…” – i tyle). Kiedy więc po kilku miesiącach w końcu dał radę je wymówić w całości fani automatycznie eksplodowali z radości i zaczęli chantować Bubbę. Niby prosty trick, ale w bardzo łatwy sposób jest w stanie sprawić, że postać stanie się over. Cholernie kreatywne.

- W main evencie fedki Heymana bryluje natomiast Raven indoktrynujący 10-letniego syna Sandmana i robiący z niego jakiegoś satanistycznego dzieciaka. Biorąc pod uwagę, że wcześniej mieliśmy storyline’y z fałszywą ciążą, lesbijkami, paniami lekkich obyczajów, pozwem Steviego Richardsa o napastowanie seksualne, a wszystko to okraszone było sporą ilością szalonych bumpów, krwi i bluzgów, to w sumie przestałem się już jakoś bardzo dziwić tego typu rzeczami.

- Tak na marginesie, jak już jesteśmy przy ECW: jestem ciekaw jakim sposobem Heymana było stać na wykupienie instrumentalnej wersji „Man in the Box” od Alice In Chains jako theme songu Tommy’ego Dreamera, skoro – z tego co wiemy – ledwo wiązał koniec z końcem podczas prowadzenia tej fedki. Ale nie narzekam, AiC zawsze na propsie. Kultura grunge’u lat 90. bardzo zresztą pasuje do tego produktu.

- W międzyczasie super rozwijane jest story z The Outsiders, czyli Hallem i Nashem w WCW. Nigdy nie oglądałem wszystkich tych segmentów – rzeczy, które obejrzałem w różnych historycznych dokumentach były w sumie tymi najbardziej znaczącymi i ważnymi. Natomiast te, które działy się pomiędzy, zostawały zazwyczaj wycinane. Okazuje się, że one również są absolutnie zajebiste. Muszę przyznać, że nawet oglądając te „najbardziej urywające dupę” segmenty na różnych DVD nie było czuć tak naprawdę wagi tego, co się działo, bo jest to – było nie było – mocne streszczenie. I choć oglądanie tydzień w tydzień wszystkich Nitro i PPV od WCW może w pewnym momencie stać się odrobinę nużące, to kiedy przyjdą w końcu te ciekawsze fragmenty, czuć rzeczywiście ich spore znaczenie: nie ma wątpliwości, że przejście Halla i Nasha było wtedy najgorętszym i najważniejszym wydarzeniem w świecie wrestlingu. U konkurencji feudy są raczej bardzo zwykłe, takie jak zawsze, z niewielkimi wyjątkami w postaci interesujących gimmicków Mankinda, Pillmana i Stone Colda (który to jednak dalej jest raczej mocno „kastrowany”, nawet po wygraniu KOTR). W WCW niby w większości też jest to co zwykle, ale jednak czuć mimo wszystko, że to jedno story zmieniło całkiem optykę tego produktu.

- Muszę też pochwalić sam sposób realizacji tego storyline’u – naprawdę sporo rzeczy ma tu całkiem logiczny sens z punktu widzenia angle’a o inwazji. Hall i Nash wchodzą z trybun, nie towarzyszy im żadna muzyka, ochrona i policja zachowuje się (w miarę) realistycznie, a reakcje komentatorów też są w sumie dość wiarygodne. Założyłbym się, że w obecnym WWE podobne story na tego typu smaczki w ogóle by nie zwracało uwagi, a goście przeprowadzający inwazję od razu dostaliby wideo na titantronie, fajną muzyczkę i tonę kwestii, które mają wykuć na pamięć i powiedzieć jak roboty w promach. Tutaj z kolei wszystko wydaje się być naprawdę naturalne: najbardziej rozbawił mnie fragment, kiedy Nash w dość słyszalny sposób krzyknął do biegnącego w jego stronę ochroniarza „Get the fuck out of my face”, a ten od razu się wycofał. I przypominam, tak swoją drogą, że Nitro, na którym ten tekst padł (co prawda nie wprost do mikrofonu, ale był on bezsprzecznie bardzo słyszalny i wyłapany przez kamerę) miało rating TV PG, więc jak się chce, to można. I późniejsza zmiana ratingu wiekowego w WWE nie jest (i tak naprawdę nigdy nie była) jakimkolwiek usprawiedliwieniem chujowości ich produktu.

- Ale wracając. Dotarliśmy do WCW Bash at the Beach 1996. Main event tej gali, z Nashem i Hallem w roli głównej, był najbliżej ekscytacji jaką dało się odczuć regularnie podczas świetności samej Attitude Ery – hype był ogromny i rzeczywiście czuć było, że to coś więcej niż tylko kolejny zwykły pojedynek, jakich oglądaliśmy wcześniej setki. Więc pod tym względem, jeżeli do tej pory miałbym wskazać rzeczywiście jakiś jeden definitywny punkt zapalny, który rozpoczął Attitude Erę (i przy założeniu, że ta nazwa nie tyczy się tylko stricte fedki Vince’a, ale można ją rozszerzyć na cały ten okres w świecie amerykańskiego wrestlingu), to pojedynek Outsiders ze Stingiem, Macho Manem i Lugerem oraz turn Hogana po nim był w moich oczach tego miana zdecydowanie najbliżej. Promo Austina po KOTR 96, choć przełomowe, w samej federacji nie zmieniło zbyt dużo. Story z Hallem i Nashem wprowadziło do mainstreamowego wrestlingu niespotykany wcześniej realizm i wiarygodność w samych feudach, które rozlały się później na każdy z trzech oglądanych przeze mnie produktów. Nie wspominając o powstaniu New World Order i turnie Hogana, który był wtedy absolutnie przełomowy. "Koniec Hulkamanii" otworzył zupełnie nowy rozdział w historii wrestlingu i czuć, że od tej pory poziom WCW powinien wystrzelić w górę. Czy tak się stanie? Przekonam się w najbliższych dniach.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

I to tyle z moich przemyśleń. Już ponad pół roku 96 za mną, więc tempo, wydaje mi się, jest całkiem niezłe.

Jeżeli ktoś chce sobie zrobić rewatch Attitude Ery razem ze mną i ma Networka, to przypominam redditowy post, z którego korzystam i który bardzo pomaga oglądać wszystkie trzy federacje w kolejności chronologicznej, wraz z linkami do ułożonych w tabelce gal (na samym Networku tej opcji niestety brak): [TUTAJ]

Tradycyjnie, zapraszam do dyskusji :)

_________________
„The optimist thinks this is the best of all possible worlds. The pessimist fears it is true.” - J. Robert Oppenheimer

„W krainie ślepców jednooki jest królem.”

 
     
Caribbean Cool 
Upper Midcarder



Wrestler: Christian|Carlito| i takie tam
Wiek: 23
Dołączył: 02 Lip 2013
Posty: 1877
Podziękował: 14
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Ostrzeżeń:
 1/3/4
Wysłany: 2020-06-06, 16:23   

Witam cie Hadaszyszku serdecznie, o zdrowie pytać nie będę, lecz zastanawiam się czy odnosić się, również do okresów, które jeszcze nie obejrzałeś/nie odświeżyłeś sobie.

Nie pamiętam już kompletnie nic z 96 w wcw, prócz tego, że dwyzija tag team robiła wrażenie. Zwłaszcza mnogość konkretnych tagów. Faktycznie górowali nad wwf w tym roku praktycznie w każdym aspekcie. Ich universum wydawało się być oddalone od Vincowskiego o lata świetlne.

Dywizja cruzerów też robiła robotę-Mysterio, Ultimo, Maleanko i Jericho to były kocury. Choć y2j pewnie trochę później. Natomiast strasznie mi się nie podobało, że mimo wszystko jak główne twarze dywizji lekkiej kolidowały z gośćmi, którzy byli zwykłymi midcarderami w kategorii ciężkiej to w ogóle nie mieli szans. Wiadomo, ich wygrana powinna być świętem, ale jakiś tam opór powinni stawiać. Głównie przebłyski z word war 3 mi to uwydatniają.

Właściwie ludzie pokroju Jarretta, Benoit'a, którzy coś tam znaczyli w konfrontacji ze starą gwardią i part timerami nie istnieli.

Kwestia na inny termin-( właśnie jestem w połowie 99) nwo to na dłuższą metę beznadziejny twór. Nie wiem czy jakakolwiek stajnia tak bardzo mnie nudziła. Ok początek kozacki, lecz późniejsze zmiany, długość trwania tego projektu bardzo obrzydziła mi ogólny odbiór paczki Hogana.

O wwf i ecw się nie wypowiem, bo wwf zacząłem oglądać od 97 a ecw skończyłem na 95.
Do konkretów z chęcią się odniosę, jak rozpoczniesz 97.


PS. Fajna ta stronka z reddita, dla wielu przydatna. Ja natomiast chyba nie potrafiłbym tak wszystko oglądać na raz.
_________________

 
     
Arkao 
Main Eventer



Wiek: 23
Dołączył: 22 Lip 2012
Posty: 4390
Podziękował: 31
Podziękowano mu 3 razy w 2 Postach
Skąd: Kołobrzeg
Ostrzeżeń:
 1/3/4
Wysłany: 2020-06-07, 12:30   

Pisałem już na grupie to i napiszę tutaj. Był to okres, który nie był jeszcze aż tak ciekawy jak rok 97 (a na pewno nie tak jak 98-99), ale jednak powoli federacje wchodził w największy czas dla wrestlingu. New World Order zmieniło wrestling na zawsze, podobnie jak WWF na zawsze zmienił Stone Cold.
_________________
Progres Roku 2014
User Roku 2017
Redaktor Roku 2017
Progres Roku 2017
Tekst Roku 2017
WTF Roku 2017
 
     
-Raven- 
Living Legend



Wrestler: Hitman,Steen,Trent Acid,Foley
Dołączył: 12 Sty 2005
Posty: 9293
Podziękował: 21
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2020-06-09, 19:15   

Oooo, Had jednak żyje! :wink: Fajny pomysł z tym powrotem do starych gal i opisywaniem wrażeń z dzisiejszego punktu widzenia. Fajnie to poczytać, bo sam za chuja nie miałbym, czasu ani na takie sentymentalne podróże w przeszłość, ani też tym bardziej na ich opisywanie. Ledwo czasowo daję radę ogarniać bieżące wydarzenia w świecie wrestlingu, a mając do wyboru coś co już widziałem, lub coś czego jeszcze nie widziałem - zawsze sięgnę po to drugie (dokładnie tak samo mam z książkami. Pewnie też dlatego do dzisiaj nie dotrzymałem złożonej sobie wieki temu obietnicy, kiedy to w siódmej klasie podstawówki, zadeklarowałem że na milion procent raz jeszcze przeczytam kiedyś Władcę Pierścieni. Do dzisiaj się z tego nie wywiązałem i coraz bardziej powątpiewam, że to zrobię. Za dużo zajebistych nowych książek czeka u mnie na swoją premierę :D ).

Tak na szybko, z tego co mi się rzuciło w oczy:

- Ja także nienawidziłem tego debila z gwizdkiem, Billa Alfonso. Przez niego nie trawiłem nawet face'owego RVD, kiedy Alfonso mu robił za menago :wink:
- Jasna sprawa, że Stone Cold to mega zrzynka z SandMana. Sęk w tym, że SandMan często nie tylko grał swoją postać, ale nią był, występując najebanym w ringu...
- Gdyby ECW miało taką kasiorę do dyspozycji jak miało WWE czy WCW, to obstawiam, że przy kreatywności Heymana, zakasowaliby tak jednego jak i drugiego molocha, bo robili mega zajebisty produkt jak na tak skromny budżet (stosunek jakości do posiadanego hajsiwa).
- Pillmana kompletnie nie wykorzystali u Vince'a. Nie dali mu rozwinąć skrzydeł i ogólnie był tylko jednym z trybików Hart Fundation, przez co w oczach wielu fanów McMahonlandii tak właśnie został zapamiętany.
- Zabawne jest, że jak oglądałem w tamtych czasach obie Fedki, to WCW - wbrew wszelkiemu rozsądkowi - uznawałem za "drugą ligę", ponieważ wychowałem się na WWF i to Fedka Vince'a w tamtych czasach była dla mnie jedyną ligą mistrzów :D
- Iron Man Match w tamtych czasach to był dla mnie mega-kosmos i chyba nie chciałbym obecnie do niego ponownie podchodzić, żeby nie psuć sobie wspomnień. Wrestling, od strony ringowej, mocno ewoluował od tamtych czasów, tak więc pewnie obecnie to starcie nie zrobiło by na mnie takiego wrażenia (poza tym wówczas masakrycznie markowałem Hitmanowi, co mnie podwójnie nakręcało podczas tej walki).
- Tak, motyw z jąkającym się Bubba Ray'em był niezły i później próbowali go skopiować przy okazji Matt'a Morgana, ale to już Vinniemu tak nie pykło jak przy Dudleys'ach.
- Fajne były tamte czasy, ale gros z tego oglądałem będąc w fazie marka lub pół-marka, tak więc zupełnie inaczej się to odbierało niż z punktu widzenia dzisiejszego smarta (emocje robiły robotę i pozwalały przymykać oko na niedociągnięcia). Chociażby też dlatego raczej bym się obecnie nie porwał na re-watch tego wszystkiego. Wiesz, to tak jak z tą zajebistą dupą z podstawówki, w której się podkochiwałeś przez połowę szkoły. Dzisiaj odpalasz sobie płytę z szkolnej zabawy pożegnalnej, patrzysz na nią i z zawstydzeniem myślisz sobie "gdzie ja kurwa miałem wtedy oczy?" :wink:

Jednak Twoje przemyślenia po takich re-watchach zawsze poczytam sobie z przyjemnością Had, tak więc nie ograniczaj się i pisz ile fabryka dała :wink:
_________________
Lepiej nic nie mówić i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości.
Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa...

 
     
Caribbean Cool 
Upper Midcarder



Wrestler: Christian|Carlito| i takie tam
Wiek: 23
Dołączył: 02 Lip 2013
Posty: 1877
Podziękował: 14
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Ostrzeżeń:
 1/3/4
Wysłany: 2020-06-09, 19:23   

Właściwie mam kilka jeszcze uwag, które wydają się być odpowiednie do tematu.

Skład komentatorski WCW to jest dramat. Circa 98-since :twisted:
Mówienie, że każdy jest przyszłością tej federacji bądź olbrzymim talentem jest nawet nie tyle głupie z powodu, że mówimy o wrestlerach pokroju Buffa, co niesie ze sobą skutki, takie że każdy właściwie nikt nie jest warty uwagi, każdy jest tak samo dobry...znaczy się słaby. Nawet Heenan wydaje się być niedopasowany do swojej roli. Sztywno trzyma się schematów, jego komentarz kompletnie nic ze sobą nie wnosi. Dusty jest tragiczny, że nawet nie chce mi się wyliczać kolejnych błędów.
Nie mało ich jest, również wśród reszty towarzystwa. Gubienie się ze streakiem Sida... :roll:

Widzę, że Hadasowi podobała się postać Disco, może faktycznie był charyzmatyczny, robił co do niego należało, jednak jeśli o mnie chodzi, to jedna z tych postaci, które skipuję po kilku sekundach jego songu(żadna nuta mnie chyba tak bardzo nie wkurwiała)


Chciałem coś jeszcze dodać, ale to chyba będą w tym przypadku spoilery so...póki co się wstrzymam. :P
_________________

 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group