Wydarzenia z wczorajszych tapingów NXT TV... (zobacz)
Bobby Fish zadebiutuje w NXT? Brock Lesnar vs... (zobacz)
Ostateczna karta dzisiejszego ROH PPV Best in... (zobacz)

AttitudePL na Facebook AttitudePL na YouTube AttitudePL na Twitter Nasz kanał RSS

Poprzedni temat «» Następny temat
Filmy ostatnio widziane
Autor Wiadomość
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-10, 05:47   



Ostatnia rodzina

Akcja filmu zaczyna się w 1977 roku, gdy Tomek Beksiński (Dawid Ogrodnik) wprowadza się do swojego mieszkania. Jego rodzice mieszkają tuż obok, na tym samym osiedlu, przez co ich kontakty pozostają bardzo intensywne. Nadwrażliwa i niepokojąca osobowość Tomka powoduje, że matka – Zofia (Aleksandra Konieczna), wciąż martwi się o syna. W tym samym czasie Zdzisław Beksiński (Andrzej Seweryn) próbuje całkowicie poświęcić się sztuce. Po pierwszej nieudanej próbie samobójczej Tomka, Zdzisław i Zofia muszą podjąć walkę nie tylko o syna, ale także o przywrócenie kontroli nad swoim życiem. Gdy Zdzisław podpisuje umowę z mieszkającym we Francji marszandem Piotrem Dmochowskim (Andrze Chyra), a Tomek rozpoczyna pracę w Polskim Radiu, wydaje się, że rodzina najgorsze kłopoty ma już za sobą. Jednak seria dziwnych, naznaczonych fatum wydarzeń, dopiero nadejdzie

Szczęśliwie nieszczęśliwi. Wydawałoby się, że Beksińscy prowadzą godne życie. Są w końcu uznanymi artystami w swoim fachu, ludzie ich podziwiają. Jednak w rodzinnym domostwie próżno mówić o jakimkolwiek szczęściu. Głowa rodziny stara się żartować, żeby chyba nie dać się wciągnąc w tę spiralę nieszczęść, jego królowa jest już tak przytłoczona wszystkim, że bardziej zamknąć w sobie się nie mogła, a syn dopiero zaczyna raczkować ze swoim wariactwem.

Aktorstwo wypada pochwalić. Przejrzałem materiały archiwalne Beksińskich, i chwilę później już mogłem chylić czoła przed wykonawcami ról. Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby można było ich odegrać dokładniej, lepiej. Są momenty, gdzie postaci wydają się być jak z kreskówki, ale to nie tyle wina aktorów, co stan faktyczny. Beksińscy normalni nie byli.

Czy fenomen jakim byli został tu oddany? Nie. Nie czułem tego, jak i nie czułem dramatycznej polewy i tego fatum, ktore miałoby nad nimi ciążyć. Słowa fatum bym raczej przy nich nie użył. Znalazłbym lepsze. Montaż filmu mi się nie podobał, ponosił się często na sceny zbędne, które trąciły mi tanim artyzmem.

Przesadnemu entuzjazmowi nie uległem. „Ostatnia rodzina” jest solidna/dobra, ale taki „Jestem Mordercą” miał dla mnie o wiele więcej treści, a emocjonalna inwestycja była tam o wiele większa. Tu obejrzałem fajne przedstawienie, o którym zapomnę – 6/10
_________________

 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-11, 15:57   



Gold

Kenny Wells (Matthew McConaughey) ostatnio nie ma szczęścia w interesach. Rozpaczliwie potrzebuje więc spektakularnego przełomu. Postanawia zdobyć fortunę dzięki swemu zamiłowaniu do przygód i ryzyka. Wraz z szanowanym podróżnikiem Michaelem Acostą (Edgar Ramirez) wyrusza do Indonezji, by w sercu tamtejszej dżungli szukać złota. Ryzyko jest ogromne, mało kto wierzy w powodzenie misji, a jednak przeczucie Wellsa okazuje się prawdziwe. W jednej chwili z podupadającego biznesmena staje się milionerem i gwiazdą Wall Street. Ale tam gdzie są wielkie pieniądze, zaczynają się wielkie kłopoty. Chętnych do podziału złotego tortu znajduje się coraz więcej: począwszy od indonezyjskich władz, poprzez różnej maści cwaniaków, a na CIA kończąc. Kenny Wells zamiast cieszyć się luksusem, będzie musiał zmierzyć się z ludźmi, dla których oszustwo to chleb powszedni.

Nie wszystko złoto, co się świeci. Bohaterowie trafili na żyłę złota, twórcy filmu niekoniecznie. Przygotowali solidny sprzęt (McConaughey), ale choćby nie wiem, jak sprawnie on działał, to zwyczajnie obrali złe miejsce. W „Gold” nie ma zbyt dużo jakości. Jak historia nabiera rozpędu, to licznik pokazuje kwadrans do końca. Poprzedzające to wydarzenia nie wnoszą zbyt wiele, a jak wydają się poważnymi problemami, to zaraz znikają, rozwiązywane, jakby nie ważyły nic.

Produkcja nie robi tez wielkiego wrażenia, jako laurka dla marzycieli. Jako droga od zera do milionera, gdzie ten zdesperowany poszukiwacz złota, trafia wreszcie na swoje wymarzone miejsce. Może dzieję się tak dlatego, że nie drążą zbyt długo tematu jego ubóstwa. Nie pokazali go dostatecznie dobrze, jako tego wariata, który wyśnił sobie złote miejsce.

Aktorsko wyglądało to fajnie. Tak McConaughey, jak i Edgar Ramirez, dają radę. Towarzyszy im zjawiskowa Bryce Dallas Howard, a w tle krąży jeszcze parę solidnych postaci. Tylko na niewiele się to zdało. Jakoś szczególnie nie zapamiętam żadnej sceny. Nic nie wryło się do głowy. Spłynął. Tak jak aspiracje twórców do Oscara – 5/10
_________________

 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-12, 09:11   



Fifty Shades Darker / Ciemniejsza strona Greya

Druga część ekranizacji światowego bestselleru - trylogii autorstwa E.L. James. Przy takich emocjach rozstanie musiało nastąpić, przy takiej namiętności mogło być tylko chwilowe. Skomplikowany miłosny związek Christiana (Jamie Dornan) i Any (Dakota Johnson) przechodzi w kolejną fazę. On proponuje, że zrezygnują z układu dominujący-poddana, ona uczy się życia w luksusie i miłości. On próbuje zrezygnować z manii kontrolowania, ona stara się mu w tym pomóc. Niespodziewanie na drodze ich szczęścia staje poprzednia miłość Christiana

2/10. Zacznę od oceny, bo ona ładnie nakreśla moje nastawienie do tego filmu. Jest lepiej od pierwszej odsłony (1/10), choć to wciąż katastrofa. Jeśli zagłada ma swoje skale, to ta ma nieco mniejsze ryzyko utraty zdrowia. Wciąż cholernie duże, ale łaskawsze od filmu sprzed dwóch lat.

Jakbym zobaczył dokładnie tę dwójkę w restauracji, to uznałbym, że to rodzeństwo. Może kazirodcze, ale jeśli tak, to sobą już znudzone. Tu nie ma żadnej chemii. Dwa kawałki drewna pocierające się o siebie, w nadziei, że może jakaś iskierka z tego zapłonie. Nie zapłonęła.

W tym zalewie tandetnych postaci, jest sporo niezamierzonej komedii. Na komediach potrafie się mniej śmiać niż na tym. To jak rozegrali tutejszą katastrofę, to jakiś filmowy przykład apatii. A jeśli ktoś zobaczy na ulicy dziewczynę o charakterze Any, to polecam skontaktować się z najbliższym oddziałem szpitala psychiatrycznego. Ta dziewczyna nie przejawia żadnych normalnych reakcji.

Jakbym dawał połówki, to bym rzucił 1,5. Byłoby trafniej. A, że wbrew pozorom nie jestem potworem, to idę na korzyść filmu. Nie będę się znęcał i kopał leżącego. „Zmierzch” też dostał kiedyś więcej niż 1/10, choć tamto gówienko było inspiracją do tego, bardziej śmierdzącego. Jest seksowniej niż w poprzedniczce. Coś się udało.
_________________

 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-12, 19:59   



Wołyń

Ojciec Zosi (Jacek Braciak) postanawia wydać ją za najbogatszego we wsi wdowca z dwójką dzieci (Arkadiusz Jakubik), nie bacząc na to, że córka (Michalina Labacz) kocha ukraińskiego chłopca. Wkrótce życie lokalnej społeczności diametralnie zmienia II wojna światowa.

Dosłowny i przerażający. Dosłownie przerażający. Smarzowski poniósł się na ciężki temat, ale przeszedł po cienkim lodzie bez szwanku. Nie sądził, obrazował. Nie czułem, żeby wpajano mi do głowy jakąś wizję wydarzeń, a momentami wyglądało to nawet, jak film historyczny. To pewnie spory komplement dla kunsztu samego reżysera, choć nie każdy lubi filmy historyczne. W takich, bohater raczej nie wyjdzie przed szereg. I dla mnie tu nikt nie wyszedł. Są aktorzy przyzwoici, dobzi – jak Jakubik, czy debiutująca na dużym ekranie (!!) Labacz – ale nigdy żaden nie mógłby się nazwać bohaterem widowiska. Ja tak tego nie odbieram. Bo nawet kiedy na ekranie królowała Lubacz, to ja nie czułem, jakbym z nią przez tę drogę przeszedł.

Zaczyna się spokojnie, od wesela, jak w „Ojcu Chrzestnym”. Czuć tam nasilające się napięcie, ale tam jeszcze widnieje radość. Smarzowski tą długą sceną wylał sobie fundamenty pod późniejszą masakrę. Dawno nie widziałem tak mrożących krew mordertw – a przecież filmów oglądam sporo. Bo nawet jak w jakiejś lejącej krew na wszystkie strony „Pile”, znajdziesz sceny gore, to nie odbierasz ich tak jak tutaj. Te są o wiele poważniejsze. Dotykające widza. I to podejrzewam, że każdego, nie tylko Polaka. Obrazy zostają w głowie.

Ostatni akt, ostatnie pół godziny, może dłużej, to dla mnie arcydzieło (f'n 10/10). Początek po mnie nieco spłynął. Emocjonalnej inwestycji praktycznie brak, wydarzenia były obok mnie. Wojna się już zaczęła, ale to jeszcze nie było to. Później dostajesz obuchem w łeb. Vintage Smarzowski. Nikt inny by tego tak nie nakręcił – 7/10

To powinien być Nasz kandydat do Oscara. Ja może wolę „Jestem Mordercą” – na co wskazuje lista Top - ale to dlatego, że tam żyłem historią praktycznie od początku, tu dopiero na ostatniej prostej. „Powidoki” nawet nie odbijają piłki na tym samym boisku.

Cytat:
Top 20 2016
20. Cloverfield Lane 10
19. Denial
18. Don't Breathe
17. Moonlight
16. Christine
15. Wołyń
14. Jestem Mordercą
13. Hacksaw Ridge
12. Perfetti Sconosciutti
11. A Monster Calls
10. Manchester by the Sea
9. Captain America: Civil War
8. The Jungle Book
7. War Dogs
6. Kubo and the Two Strings
5. Hell or High Water
4. Fences
3. Nocturnal Animals
2. Deadpool
1. La La Land
_________________

 
     
Susek 
Upper Midcarder



Wrestler: HBK
Wiek: 24
Dołączył: 02 Lut 2015
Posty: 1111
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-02-14, 01:12   


Jackie


Historię JFK i wydarzeń z Dallas 1963 roku zna niemal każdy, kto choć trochę interesuje się historią nowożytną. Wiele o tych zdarzeniach zostało powiedziane, zresztą świetny JFK z 1991, bardzo wysoko postawił poprzeczkę dla produkcji o tej tematyce. Tym razem mamy możliwość zobaczyć historię z nieco innej perspektywy, perspektywy żony Kennedy'ego, tytułowej Jackie Kennedy.

Pomysł na sam film jest dobry, sama Jackie stała się ikoną, jedną z najpopularniejszych kobiet na świecie swoich czasów, jednak sam film to przerost formy nad treścią. Wydarzenia są przedstawione w bardzo wybiórczy, poszatkowany sposób. Oglądamy opowieść mniej więcej 7 dni po zamachu, które są jej wersją zdarzeń a sama historia to streszczenie tego co Jackie powiedziała jakiemuś dziennikarzowi.

Jackie to show jednej aktorki, Portman była dobra w swojej roli, dobrze odtworzyła Jacquiline Kennedy ale poza nią nikt specjalnie się nie wyróżnił, w zasadzie taki był plan, Robert Kennedy miał jedną scenę, gdzie "rozkazywał" prezydentowi i tylko wtedy pokazał trochę charakteru. W zasadzie to dla roli Portman, obejrzałem ten film, mając na uwadze inklinacje Akademii, do nagradzania ról historycznych, szanse Portman na statuetkę rosną.

Głównym problemem filmu jest to, że często serwuje niezbyt interesujące fragmenty, sama historia jest dość przejmująca ale całość życiorysu Jackie została spłycona do 7 dni, wywiadu i relacji zdarzeń. Po macoszemu potraktowali całe jej życie przed jak i po, zresztą samego JFK, który jakby nie patrzeć jest prowodyrem całego tego zamieszania pokazali na ekranie może przez minutę, dwie.

Brakuje głębszego kontekstu, nie poruszono wątków politycznych, nie poruszono relacji jakie panowały pomiędzy Jackie a John'em, nie poruszono przeszłości Jackie a jedynym, moim zdaniem mocno zbędnym motywem, były zdjęcia z tego całego dokumentu o tym jak się żyje w Białym Domu, które wiele o Jackie nie wniósł.

Tak naprawdę, to nie do końca wiem co chciał nam przekazać reżyser. Generalnie odbiór mam taki, że wielka uroczystość, odejście z pompą sprawi, że zmarły prezydent zostanie zapamiętany i że to dzięki Jackie, JFK jest kojarzony tak pozytywnie do dziś.

Portman zagrała dobrze, więc Oscara może zgarnąć. Nominacje za kostiumy i muzykę zrozumiałem, chociaż w tej drugiej kategorii La La Land jest znacznie lepszy.

Jackie to typowy film na raz, którego nie chciałbym oglądać ponownie. Niby się nie nudziłem, ale historia nie była zbyt wciągająca, fajnie pokazano to, że to ona chciała wielkiej uroczystości, ale wcale nie miała pod górkę w tym elemencie, a ta końcowa zmiana zdania moim zdaniem trochę odebrała jej mocy. Te dialogi z księdzem na temat sensu życia, wydały mi się strasznie oderwane od całości filmu.

Dobra rola, w ciekawej rzeczywistości bo wydarzenia z Dallas '63 są same w sobie intrygujące ale historia opowiedziana została przeciętnie.
Ocena: 5,5/10
Ostatnio zmieniony przez Susek 2017-02-15, 20:03, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-15, 19:12   



Rules Don't Apply

Romans młodej aktorki (Lily Collins) i jej kierowcy (Alden Ehrenreich), którzy pracują dla ekscentrycznego bilionera, Howarda Hughes (Warren Beatty). Jedna z zasad dla jego pracowników brzmi – nie umawiać się z aktorkami.

Prosta historia miłosnego trójkąta. Osadzona w latach 50, w Hollywood, gdzie młode aktorki marzą o wielkiej karierze, i są gotowe zrobić wszystko, by postawić pierwsze kroki w biznesie. Dobry start oferuje bilioner Howard Hughes, którego nawet większość z nich nie zna osobiście, ale dopóki pieniądze się zgadzają, mało która ma z tym problem. Do Los Angeles przyjeżdzą młodziutka Marla, która szybko wpada w oko swojemu kierowcy, a później szefowi. Mało komfortowa sytuacja dla całej trójki.

Warren Beatty. Kiedyś gwiazda wielkich produkcji, teraz gość, którego czasy wyraźnie zostawiły w tyle. Tak przed kamerą, jak i za nią - Warren jest mocno przeterminowany. „Rules don’t apply” ogląda się jak kino sprzed lat, tylko pozbawione uroku czy tamtejszej magii. Jako Howard Hughes, wypada bardzo blado. Próbował przemycić odrobinę szaleńczego humoru, ale nie wyszło. Postać bilionera nie jest nawet odrobinę intrygująca.

Ehrenreich nigdy nie byl moim ulubieńcem. Potrzebuje jakieś konkretnej roli, żeby mnie do siebie przekonać. Tutaj to też nie było to. Dalej kamienna twarz i nudna persona. Boje się o nowego Hana Solo – i to mimo tego, że nie jestem fanem „Gwiezdnych Wojen”.

Zasady jakieś powinny twórcom przyświecać. Przynajmniej takie, żeby historia do czegoś dążyła. Albo chociaż żeby śledziło się ją z zainteresowaniem, mogąc czerpać przyjemność z oglądania poczynań... kogokolwiek! Nuda – 2/10

Ciekawostka jest taka, że w małej, mikroskopijnej wręcz roli, gra tu Dario Cueto (Luis Fernandez-Gil) :wink:
_________________

 
     
Susek 
Upper Midcarder



Wrestler: HBK
Wiek: 24
Dołączył: 02 Lut 2015
Posty: 1111
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-02-15, 20:03   



Arrival


Klasyczne przybycie obcych bardziej nam się kojarzy z inwazją pokroju tych prezentowanych w "Marsjanie Atakują" czy "Wojnnie Światów". "Nowy początek" serwuje nam zdecydowanie inne podejście, ale jakże rozsądne. W końcu jeśli obcy przybyliby na Ziemię, to szanse, że znają angielski lub jakikolwiek inny znanym nam dialekt są niemal zerowe. Zatem trzeba będzie się z nimi porozumieć jakość porozumieć ...

Arrival opowiada nam właśnie taką historię, na Ziemię przybywa 12 statków z obcymi, którzy porozumiewają się piktogramami i nie bardzo jest sposób, żeby się porozumieć, zatem potrzebny jest ktoś, kto będzie w stanie to zrobić ...

Główną siłą filmu jest interesujący temat, sposób jego zaprezentowania, bo gra aktorska jest co najwyżej przyzwoita, no ale to nie bohaterowie są głównym motorem napędowym filmu. Postać grana przez Amy Adams - Louise, posiada jakąś głębię, straciła dziecko, więc z miejsca zyskuje sympatię, choćby przez współczucie, ale Ian grany przez Rennera jest strasznie nijaki.

Pierwsza część filmu to proces próby komunikacji, poznawanie tych liter(znaków), próby komunikacji, to wszystko jest bardzo wciągające i zrealizowane bardzo dobrze. Nie znamy motywacji obcych, nie wiemy jak wyglądają, nie wiemy nic i to jest świetne.

Jednak im dalej w las film zaczyna gubić się w zeznaniach. Zdaje się się morałem produkcji jest to, że współpracując osiągniemy więcej, nie tylko w życiu ale i na świecie co przedstawiono bardzo pokrętnie. Skoro Louise patrząc w przyszłość nauczyła się języka obcych to czemu oni od razu nie mogli z nami się porozumieć? Celowo zmusili ludzkość do takiej sytuacji, w końcu wiedzieli jak to się skończy, żeby na świecie ludzkość się pogodziła i zaczęła współpracować? Trochę to pokręcone :) Sam moment rozwikłania zagadki, czyli celu obcych na Ziemi, rozszyfrowania tej całej tajemnicy jaką to "broń" przywieźli nam obcy, przebiegła bardzo szybko i łatwo się w tym pogubić.

Zresztą cała ta broń/prezent czyli ich mowa i umiejętność widzenia przyszłości, to bardzo zakręcony pomysł i pewnie większość, podobnie jak ja, trochę się pogubiła.

Arrival to przede wszystkim ciekawie opowiedziana historia, która wciąga od pierwszej minuty i nieco rozczarowuje na końcu. Jakby zabrakło 15-20 minut, które przedłużyłby nieco proces detektywistyczny i zgłębiło możliwości tej całej umiejętności widzenia przyszłości, bo na koniec filmu nie wiem, czy ta śmierć dziecka na początku to było to nienarodzone dziecko czy inne, czy to Ian ją zostawił czy jakiś inny i ogólnie jak to było, bo coby nie mówić trochę się zgubiłem.

Ciekawa historia, dobrze opowiedziana jednak za bardzo się rozjechała na końcu. Niejasne zakończenia są dobre, ale film, który staje się niejasny na końcu sprawia, że odbieram go gorzej. Arrival dostał aż 8 nominacji do Oscarów, w zasadzie nic dziwnego, bo to dobry film ale patrząc na konkurencję prawdopodobnie żadnej nagrody nie dostanie, bo we wszystkim się wyróżnia, ale w niczym nie jest wybitny.
Ocena 7,5/10
 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-16, 20:09   



Marauders / Maruderzy

Wszystkie istniejące dowody wskazują, że odpowiedzialnym za napad na bank jest jego właściciel i rzesze bogatych klientów. Jednak grupa agentów FBI odkrywa, że spisek sięga znacznie dalej.

Trochę jak odcinek oklepanego, sensycyjnego serialu. Jeden z wielu, nie znaczący nic. Jeśli kogoś „Maruderzy” zainteresują, to szybko odkują i puszczą wolno. Przyznaję, że końcówka i rozwiązanie nadała temu odrobinę jakości, ale to tak jak krótki odcinek z górki na trasie. Potem wleczemy się znów.

Rzucają w nas wątkami pobocznymi, które zazwyczaj tylko wybijają z rytmu, nigdy nie kreśląc wartościowego obrazu danej postaci. A aktorsko nie wyglądało to tragicznie – poza Bautistą, ten wyglądał źle. Bruce Willis dawał radę, Christopher Meloni tez. Wiadomo, że to żadne wielkie kreacje, ale jak na dany materiał, to potrafili z tego coś wycisnąć. Wracająć do wrestlera, okazał się tu królem sucharów. Taki dowcipkujący mięśniak z FBI. Sens istnienia postaci? Żaden.

Może nie jakoś czynnie, ale polecam unikać. Kino klasy B, bez większych aspiracji. Motywy postaci głupie, przez co cała fabuła błaha – 3/10
_________________

 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-17, 13:11   



A Dog's Purpose / Był sobie pies

Niezwykle wzruszająca i zabawna opowieść o tym, że każdy pies ma na tym świecie do wypełnienia swoją misję, a czasem nawet kilka...

„Sekretne życie zwierzaków domowych”, wersja aktorska. Interpretacja psich myśli, podczas ich rutynowych czynności, a przede wszystkim opowieść o przywiązaniu pupila do swojego właściciela. Mocno naciągana, ale potrafiąca uderzyć w odpowiednie, emocjonalne nuty.

Dostajemy jakieś 4 cykle pieskiego życia. Chwilę po tym, jak jeden już doczeka swych dni, przenosi się do ciała innego, by mieć jedynie mgliste wspomnienie swojego poprzedniego wcielenia. W każdym zastanawia się nad sensem swojego bytu.

Negatywne oceny spadły na ten film, kiedy wyciekła informacja o bestialskim zachowaniu wobec psich aktorów. Podobno bujda nagłośniona przez telewizje. Były sceny ciężkie, ale w kazdym z przypadków piesek miał się dobrze

Jestem psiarzem. Zawsze to powtarzam, więc mój obraz tego filmu może być delikatnie zakrzywiony – minus 2 w ocenie, dla wszystkich bez tej cechy. Widzę, że tutejsze aktorstwo, to jakaś telewizyjna lipa. Wiem, że historyjka o reinkarnacji i wędrującej duszy psa, to bujda. Ale i tak oglądało mi się to dobrze. Czworonogi przeprowadzą widza przez tą opowieść z uśmiechem i okazjonalnymi łzami – 5/10
_________________

 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-17, 18:21   



Sleepless

Gliniarz (Jamie Foxx) powiązany z kryminalnym podziemiem przeczesuje klub nocny w poszukiwaniu porwanego syna.

Zawiesili sobie nisko poprzeczkę, a potem i tak się o nią wywrócili. To jak danie sprzed tygodnia, które odgrzewasz w mikrofali w chwili kryzysu. Jakby fani „Uprowadzonej”, chcieli napisać coś na wzór swojego kochanego filmu. Zapominając, że od dziecka cierpią na dysleksje. „Sleepless” nigdy nie dożył do swojego tytułu, bo ja dla przykładu, myslałem głównie o spaniu – mimo wczesnej pory!

Jamie Foxx chodzi napinty, jakby nie bardzo chciał być na planie. Jego postać jest nijaka. Nakreślona jako brudny glina i gbur, którego nienawidzą bliscy. Kibicuj mu! Nic tak nie zbliża rodziny, jak porwanie syna.

Klasyczny przykład styczniowego „hitu”. Trochę strzelania, nędzne postaci i ogólnie jakaś mało interesująca intryga, które leniwie pcha do przodu fabułę. Kino klasy B? Czy to Ty?. Parę scen było akceptowalnych, przez co chyba nie mam serca dać temu najniższej noty, choć przyznać trzeba – byli blisko – 2/10
_________________

 
     
Susek 
Upper Midcarder



Wrestler: HBK
Wiek: 24
Dołączył: 02 Lut 2015
Posty: 1111
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-02-17, 20:58   



Manchester by the Sea


Długo myślałem nad tym jak ugryźć ten film. Z jednej strony mnie zaintrygował ale z drugiej nie przeżyłem wewnętrznego wstrząsu czy nadmiaru emocji płynących z tej opowieści ...

Manchester opowiada historię Lee Chandlera, dozorcy kilku domów w Bostonie, który wiedzie monotonne życie, często szuka guza, nie potrafi tworzyć relacji międzyludzkich, żyje z dnia na dzień. Gdy go poznajemy widzimy dupka, który nie dba o nic. Sytuacja zmienia się gdy Lee dowiaduje się, że jego brat Joe, który mieszka w tytułowym Manchesterze, trafił po raz kolejny do szpitala.

Joe cierpiał na przewlekłą chorobę serca, która go w końcu zabiła a na Lee spadła odpowiedzialność opieki nad synem brata, Patrickiem. W międzyczasie, oglądamy też flashbacki z przeszłości, dowiadujemy się, że te 10 lat temu życie Lee wyglądało zupełnie inaczej, miał żonę, dzieci, pracował z bratem na łodzi. Z czasem poznajemy smutną prawdę o życiu Lee, dowiadujemy się czemu jest jaki jest. Pewnej nocy podkładając drewno do pieca, nie zamknął pokrywy i ogień zajął cały dom. On w tym czasie poszedł na zakupy, bo go suszyło po zakrapianej imprezie w kolegami. Gdy wrócił, dom był cały w płomieniach, żonę udało się uratować ale dzieci zginęły.

To stawia Lee w zupełnie innym świetle, zaczynamy go rozumieć, współczuć. Teraz widać, że jego zgorzkniałość jest efektem ciągłego obwiniania się za śmierć dzieci. Przez to stroni od ludzi, szuka zwady, nie potrafi tworzyć relacji, ba nawet nie potrafi rozmawiać ...

Długo się zastanawiałem czy rola młodszego Afflecka jest tak dobra i wychodzi na to, że jest. Ta naturalność sprawiła, że nie było czuć, że to film a raczej smutna relacja życia pewnego człowieka. Na ten moment stawiam go wyżej jak Goslinga w wyścigu po Oscara.

Jeśli miałbym gdzieś szukać statuetki to być może w scenariuszu oryginalnym, bo pozostałe role aktorskie były dobre ale nie Oscarowe. Williams (Randi) ma chyba jedną mocną scenę, którą uwiecznia plakat, natomiast Hedges (Patrick) to takie przeciwieństwo Lee, popularny, lubiany ale jego relacja z matką jest równie skomplikowana co sytuacja jego wujka.

Manchester to obraz, który uderza w nas stopniowo. Początkowo Lee wydaje nam się dupkiem, potem zaczynamy mu współczuć a finalnie jest go po prostu żal, bo jak my byśmy się zachowali w takiej sytuacji? Lee finalnie poległ, uciekł, zostawił swojego bratanka i ja nadal nie wiem czy należy go za to potępić, że nie potrafił się poświęcić i próbować stworzyć rodzinę dla Patricka czy mu współczuć, bo jest tak złamany, że nie potrafi się przełamać, pokonać swoich lęków, demonów z przeszłości ...

Ocena: 8/10
 
     
N!KO 
Living Legend
VoiceOfAttitude



Wrestler: Rock | Piper | Punk
Wiek: 29
Dołączył: 12 Sty 2007
Posty: 9392
Podziękował: 71
Podziękowano mu 779 razy w 57 Postach
Skąd: Radom

Wysłany: 2017-02-17, 21:04   



The LEGO Batman Movie / LEGO® BATMAN: FILM

W duchu zabawy, dzięki której film "LEGO® PRZYGODA" stał się fenomenem na skalę światową, samozwańczy przywódca grupy - Batman z LEGO - staje się gwiazdą własnej wielkoekranowej przygody. W Gotham szykują się jednak wielkie zmiany. Jeśli Batman chce uratować miasto przed zakusami Jokera, musi porzucić swoją samotnię i spróbować współpracy z innymi, a przy okazji być może przyjąć bardziej pozytywną postawę.

Podczas gdy „Lego Przygoda” czerpie z całego dorobku Duńskich twórców, przez co ciągle może nas zaskoczyć jakąs komediową wstawką, „Batman” skupia się na jednej historii. Historii samotnego bohatera, który gardzi takimi słowy jak „przyjaciel”, czy „rodzina”. Sam jest swoim największym przeciwnikiem, a brak nienawisci do Jokera, jest obrazą dla uśmiechniętego złoczyńcy.

O ile opowieść mnie delikatnie nudziła, tak do humoru ciężko się przyczepić. Mocno szydzi i naśmiewa z dorobku człowieka nietoperza na swój głupkowaty sposob. Trochę szkoda, że wzorem „Deadpoola”, częściej nie przebijali czwartej ściany. Początekowy komentarz Batmana, to jedna z moich ulubionych scen. Twórcy woleli jednak zasypać Beatboxem, który szybko staje się wtórny. Przekleństwo filmu.

Calkiem nieźle wychodzi ten pełen podtekstów związek Batmana z Jokerem. Ich dialogi są jednymi z mocniejszych aspektów całości. Całe szukanie akceptacji do innych, już niekoniecznie. Nie ukrywam, że liczyłem na więcej. Szczególnie po „Lego Przygoda” (8/10) i świetnych zwiastunach - 6/10
_________________

 
     
Susek 
Upper Midcarder



Wrestler: HBK
Wiek: 24
Dołączył: 02 Lut 2015
Posty: 1111
Podziękował: 0
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-02-17, 22:42   



Silence


Martin Scorsese to świetny reżyser, ale mam wrażenie, że "Milczenie" nie należy do jego najbardziej udanych produkcji.

"Silence" opowiada historię chrystianizacji Japonii. Temat w sam sobie intrygujący, bo nigdy nie spotkałem się z taką opowieścią, w końcu Chrześcijaństwo dotarło do wszelkich rejonów świata, ale w kontekście religijności Japończyków, zawsze uważałem ich za ateistów, którzy wierzą w to, że największą wartością jest pracowitość, rodzina itd, ale do filmu.

Dwóch Jezuitów (Garfield i Driver), pochodzących z Portugalii, postanawia wyruszyć do Japonii, by odszukać swojego mentora, ojca Ferreirę (Neeson), którzy rzekomo stał się apostatą. Główny wątek, idea, oraz to, że jest to film oparty na faktach z miejsca sprawiają, że to interesujący obraz, jednak mam ogromne problemy z jego realizacją.

Po pierwsze film trwa 161 minut! To o jakieś 50 za dużo, pierwsza część filmu (90 minut?), jest źle zmontowana, masa zbędnych scen, które na siłę wydłużają ekranizację. Postacie nie są na tyle ciekawe, wydarzenia są okropnie przeciągnięte, bo to nie nadaje większej dramaturgii. Zdjęcia są fajnie itd. ale nie tędy droga, Jezuici przybyli do Japonii odszukać mentora a przez pierwszą godzinę, chowają się w jednej wiosce, podróżują do drugiej po czym poznają jaka jest cena ich wiary w kraju Kwitnącej Wiśni. Moim zdaniem powinni ten fragment filmu skrócić, natomiast Scorsese pokazał wszystko czym zwyczajnie przegiął, bo zmęczy widza przed drugą, znacznie lepszą część filmu.

To może do tej drugiej części filmu, gdzie ojciec Rodrigues został złapany przez naczelnika, którego zadaniem jest wyplenienie wiary Chrystusa z Japonii. W międzyczasie rozdzielił się z drugim Jezuitą (Driverem) a do jego złapania przyczynił się Kichijiro, który podejście do wiary i spowiedzi traktuje dość "luźno".

Rodrigues w trakcie swojej niewoli przeżywa kryzys wiary, modli się do Boga ale ten nie wysłuchuje jego modlitw. Obserwuje śmierć ojca Garupe, który nie wyrzekł się wiary i zginął próbując ratować mordowanych Japończyków. Naczelnik próbuje złamać wiarę Rodrigues, twierdząc, że tylko to uratuje zwykłych Japończyków i to on jest winny ich cierpieniom. Trzeba przyznać, że logika Inoue jest trafna, w końcu dla tych ludzi ksiądz jest uosobieniem Boga, jeśli on by się wyrzekł wiary, to przekaz dla obywatela jest jasny. Ponadto zabijając wiernych, faktycznie może ich to umocnić w wierze, (gdyby Rzymianie postąpili w ówczesnymi Chrześcijanami inaczej, prawdopodobnie nasza kultura, w tym wiara byłaby inna).

Kulminacją filmu jest spotkanie Rodriguesa z Fereirą, cały film w końcu miał do tego dążyć. Plotki okazały się prawdą, Ferreira stał się upadłym księdzem, odrzucił swą wiarę. Rodrigues z jednej strony nie wierzy, z drugiej ma mu to za złe, z trzeciej nim gardzi. Jednak gdy przychodzi do sceny gdzie sam staje przed podobnymi torturami, słyszy głos Boga (Morgan Freeman :) ), który stwierdza, że zawsze przy nim był, zawsze słuchał i ma wyrzec się wiary w imię wyższych racji.

Finalnie Rodrigues wyrzekł się wiary i do końca swoich dni, był poddawany próbom, gdzie musiał to udowadniać. Chociaż jak ostatnia scena pokazuje, w jego dłoniach spoczął mały krzyż, czyli w sercu zawsze był zjednany z Bogiem.

"Milczenie" to za długi film, z średnio interesującymi postaciami. Ciekawa historia, nieciekawie przedstawiona, dobre zdjęcia ale to nie one mają robić film, realia tych czasów została wiernie odwzorowane, ale w moim odczuci montaż zakopał pierwszą część filmu a w drugiej brakło większego katharsis. Przede wszystkim brakuje tempa i jasnego przesłania, bo Japończycy są kreowani na tych złych a przecież, to wiara Chrześcijańska i ten "najazd" sprowokował ich działania, bo ich reakcja wynika z działań Jezuitów, którzy zaczęli tak nastawiać społeczeństwo, że to może naruszyć jedność królestwa.

W zasadzie to co wyciągnąłem, to to że wiara wymaga od nas wielkich poświęceń także takich jak jej wyrzeczenie się. Obaj Jezuici publicznie zrzekli się wiary, ale wewnątrz nadal wierzyli. Druga to podmiotowość traktowania sakramentu pokuty przez Kichijiro, w końcu nie na tym to polega by zgrzeszyć, prosić o wybaczenie i powtarzać te same błędy ...

Ocena: 6,5/10
 
     
-Raven- 
Living Legend



Wrestler: Hitman,Steen,Trent Acid,Foley
Dołączył: 12 Sty 2005
Posty: 8310
Podziękował: 20
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Skąd: Szczecin
Wysłany: 2017-02-17, 22:53   

Susek, świetnie że zacząłeś pisać recenzje obejrzanych filmów. Taka działalność jest u mnie zawsze na propsie, tym bardziej, że lubisz się rozpisać. Jedna prośba - ogranicz trochę opisywanie fabuły, bo Twoje recki zawierają sporo spoilerów i zbyt daleko zdradzają rozwój akcji filmów (po prostu zepsujesz frajdę z oglądania danej produkcji komuś, kto przeczyta Twojego posta). Każdy chętnie poczyta opinie o danym filmie, ale lepiej żebyś skupił się bardziej na własnych przemyśleniach (których notabene jest tu sporo), niż na odkrywaniu wszystkich kart jakie oferuje dany film. Dobra recenzja powinna oceniać dany film, ale bez spoilerowania jego treści (minimalny nacisk na opis fabuły, a większy na własne przemyślenia i ocenę).
_________________
Lepiej nic nie mówić i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości.
Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa...

 
     
Sebu 
Upper Midcarder



Wrestler: Punk, Michaels, Angle
Wiek: 20
Dołączył: 14 Kwi 2011
Posty: 1145
Podziękował: 2
Podziękowano mu 0 razy w 0 Postach
Wysłany: 2017-02-18, 01:10   

Susek napisał/a:
"Milczenie" to za długi film, z średnio interesującymi postaciami. Ciekawa historia, nieciekawie przedstawiona, dobre zdjęcia ale to nie one mają robić film, realia tych czasów została wiernie odwzorowane, ale w moim odczuci montaż zakopał pierwszą część filmu a w drugiej brakło większego katharsis. Przede wszystkim brakuje tempa i jasnego przesłania, bo Japończycy są kreowani na tych złych a przecież, to wiara Chrześcijańska i ten "najazd" sprowokował ich działania, bo ich reakcja wynika z działań Jezuitów, którzy zaczęli tak nastawiać społeczeństwo, że to może naruszyć jedność królestwa.


Kliknij tutaj aby zobaczyć wiadomość (Uwaga! może zawierać spoilery)
_________________

 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Google
 
Copyright © 2001-2010 Attitude      Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group